sobota, 7 marca 2015

Chcesz pisać? Rób wieżę!

Z pisaniem jest jak z budowaniem wieży. Kładziesz cegłę, potem cement. A potem kolejną cegłę. Cegły to sceny, a cementem jest przejście. O co chodzi? Już wyjaśniam!



Każda powieść składa się z dwu elementów. Pierwszy to scena. Czym ona jest pisałem w odcinku: Chcesz pisać? Rób sceny! W skrócie - scena to akcja. Bohater ma cel, walczy o niego, ale ponosi porażkę. Teraz czas na przejście. 

Przejście jest niezbędnym uzupełnieniem sceny. Są sobie niezbędne, jak dzień i noc. Jak penis i vagina. Jak Bolek i Lolek. W przejściu bohater liże rany po porażce. I zastanawia się, co dalej. Tak, jak scena przechodzi w przejście, każde przejście prowadzi do sceny.  Przejdźmy zatem do przejścia po scenie z Herkulesem.

1. Rozpacz


Herkules chciał posiąść Dejanirę, ale bogowie w decydującym momencie zrzucili mu na głowę Ikara. Dejanira zginęła przygnieciona ciałami. Co teraz? Możliwości jest wiele. Ty wybierasz. Na przykład wkurzony Herkules morduje Ikara. Potem w rozpaczy wznosi wielki stos z wyrwanych dębów i pali zwłoki niedoszłej kochanki i praojca lotniarzy. Upada na kolana. Orze pazurami twarz. Przeklina bogów. Przeklina Mojry. Pije wódkę z mleka owczego. Rozpacza aż do końca rozdziału.

To jest właśnie pierwsze zadanie przejścia - bohater musi poradzić sobie z katastrofą, którą zakończyła się scena. Musi przetrawić porażkę. Przerobić trudne emocje. To czas na monolog wewnętrzny, na zapoznanie się z życiem psychicznym postaci. Bohater czegoś bardzo chciał (w tym wypadku bzyknąć Dejanirę), ale się nie udało. I jakoś tę żabę trzeba zjeść. Teraz bohater może się żalić, cierpieć, może mieć wszystkiego dość. Oczywiście nie zachęcam do snucia długich introspekcji. Mocniejszy jest obraz, ruch, słowo mówione. Lepiej niech wyrazi swoje uczucia w rozmowie z przyjacielem niż pisząc list. Lepiej niech kopnie psa, zbije szybę na przystanku niż snuje depresyjne monologi wewnętrzne.

2. Namysł

Teraz następuje chwila refleksji. O co chodzi w życiu? Czy seks jest najważniejszy? Herkules zmaga się z samym sobą. Szuka sensu. Teraz jest dobry czas, żeby pokazać zwykły dzień bohatera. Jak mieszka, co lubi zjeść, jakich ma przyjaciół? O czym rozmawiają? O kobietach, sztuce, czy ostrzeniu mieczy? W przejściu można pokazać "zwykłe życie". W scenie nie ma na to miejsca. Scena to czysta akcja. Przejście uwiarygodnia postać. Pokazuje jej różnorodność, osadza w opowiadanym świecie. Można pokusić się nawet o jakąś retrospekcję. Przypomnieć, jak to młody Herkules stał na rozstaju dróg i zastanawiał się nad wyborem swojej: lekkiej i łatwej do bogactwa, czy trudnej i ostrej do cnoty? Z tego namysłu rodzi się:

3. Cel

"Ech, dosyć tych bab", wzdycha heros, bierze maczugę i idzie walić potwory. I to jest główne zadanie przejścia - bohater znajduje nowy cel. Po co mu on? Po pierwsze - skoro ma cel, może znów podjąć walkę. A to da energię kolejnej scenie. A drugi powód? Wyobraź sobie życie bez celu. Swoje własne życie bez pragnień i marzeń, które chcesz realizować. Życie bez tęsknot, starań, walk i klęsk. Czy to jest życie? Nie, to wegetacja. Wiec daj swojemu bohaterowi cel. Daj mu życie!

Skrót emocjonalny

O ile scenę obowiązuje jedność czasu i miejsca, o tyle przejście ma tę wspaniałą cechę, że może dowolnie skracać odległość i upływ dni. Załóżmy, że ze względu na fabułę, chcę postarzeć Herkulesa o dziesięć lat. Nie jestem w stanie opisać dokładnie czym się zajmował przez te 3650 dni. Ale mogę to załatwić jednym skrótem. Wybieram emocję dla bohatera i używam ją jako wehikułu czasu. For egzample:

Gdy Herkules opłakał śmierć Dejaniry, zaszył się w lasach u stóp Olimpu. Przez dziesięć lat trawiony gorączką zemsty, czaił się tam na bogów - gromowładnego Zeusa, krowiooką Herę i mądrą Atenę. To właśnie Nieśmiertelnych chciał ukarać za odebranie życia jego ukochanej.

A tak to wygląda dla poruszania się w przestrzeni.

Oszalały z rozpaczy Herkules rzucił się w odmęty morza. W obłędzie młócił fale potężnymi ramionami, bił wściekle wodę udami grubymi, jak pnie libańskich cedrów. Nie spoczął, aż nie zarył się torsem w piasek. Zaległ na płyciźnie wstrząsany szlochem. Obmyły go słone fale łez.  Wstał z westchnieniem ulgi i wtedy ujrzał żółte kopuły piramid. "Cholera", pomyślał zdumiony. "Przepłynąłem całe Morze Śródziemne!".

Złota trójca

Powtórzę raz jeszcze: przejście składa się z trzech elementów. 

rozpacz
namysł
cel

Możesz dowolnie dozować je w swojej opowieści. Ich proporcje to kwestia indywidualnego stylu, potrzeb i zamierzeń autorskich. Na pewno w "Zaczarowanej górze" przejścia zajmują więcej miejsca niż w "Grze o tron". Za to w tym drugim dziele jest więcej dynamicznych scen. Ale nie proporcje są najważniejsze. Najważniejsza jest nieuchronność pojawiania się. Przez całą twoją powieść sceny i przejścia następuję po sobie. Nic więcej nie potrzebujesz. Scena  przejście  scena  przejście  scena... - aż stanie wielka wieża twojej wspaniałej opowieści!

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!

Zobacz także:


Odcinek 1
Dlaczego czytelniczka czyta?


Odcinek 2
Dlaczego nie możesz pisać?



Odcinek 3
Wszystko, co najważniejsze!


  Odcinek 4
        Frustracja drugie imię pisarza   
http://romanpraszynski.blogspot.com/2014/12/chcesz-pisac-pokochaj-frustracje.html


Odcinek 5
Tajna broń pisarza. I pisarki!



sobota, 21 lutego 2015

Czytam Córkę Wokulskiego! Fragment III

Kluczowy moment powieści. Córka Stacha Wokulskiego na szafocie! Czy nieszczęsna nihilistka odda życie? Czy pojawi się Stach wybawiciel? O matko przenajświętsza!...

Córka Wokulskiego to dalszy ciąg Lalki Bolesław Prusa. Pomysł sam w sobie kontrowersyjny. Realizacja pełna prowokacji. Także erotycznych. Czy Wokulski ma szansę na drugie życie? I z kim ma tę córkę?...


Zobacz też: 

Na ciekawych czeka ebook:
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/corka-wokulskiego.html

niedziela, 15 lutego 2015

Spowiedź wisielca

Jak żyję, nie czytałem takiej książki - a swoje przeżyłem! Książki, która mówi do czytelnika, pokazuje, a nawet śpiewa! Nie wierzysz? Wstydź się, człowiecze małej wiary!
"Opowieści ostateczne"
ilustr. Kalina Jaśko
A propos wiary, podobno, gdziekolwiek Aborygen wbije w ziemię pal, który podtrzymuje jego chatę, tam jest środek świata. Tak właśnie postąpili autorzy "Opowieści ostatecznych". Dla nich centrum Wszechświata to Kopaniec - wioska w Izerach. Dlaczego? Czyżby dlatego, że tam mieszkają? To właśnie dla Kopańca porzucili nudne, miejskie życie...

Jest ich troje. Dwóch dzikich brodaczy z gór i genialne dziecko: Leszek Różański, Piotr Syposz i Kalina Jaśko. Wspólnie stworzyli psuedokronikę Kopańca. Od 1281 roku do chwili obecnej. Dwadzieścia opowiadań o sprawach ostatecznych. Ich Kopaniec - a właściwie Seifershau, przecież to poniemiecka wioska! - jest miejscem, tak tajemniczym, że gdyby Marquez szukał nowego Macondo, bez obciachu mógłby przenieść się w Izery! 



Tam beginki latają w powietrzu, pastor ścigany przez katolików zamienia się w wilka, a lipa rosnąca na podwórku  pochłania gospodarza. Tam krzyżowiec zabija wiedźmę, za co sam oddaje ducha, szklarz zabija zakonnika, aby jego krwią zabarwić szklany kielich, a wielka pani na zamku w Kemnitz za zabicie męża zostaje zamieniona w Sowi Kamień. Dużo śmierci, czarów i niewytłumaczalnych dziwów. Benjamin Klemt w roku 1640 zostaje powieszony za kradzież dwóch kur. A mimo to wciąż zachowuje świadomość i widzi świat. Więc wisi sobie na sznurze i podziwia krajobrazy. A to zamczysko Kynas, a to starą babę, co urżnęła mu palec nożem. 

Ta książka jest jak spowiedź wisielca. Każdy z nas w końcu odpadnie od sznura. Ale zanim to się zdarzy, cieszmy się widokami! Cieszmy się historiami. Ostatecznie, cóż poza opowieściami mamy w życiu? Największym urokiem tych opowiadań jest prawda. Prawda legendy, ale tym większa jej siła. Motto głosi: Te rzeczy nigdy się nie zdarzyły,  ale są zawsze. Leszek Różański, autor opowiadań, zebrał podania krążące w okolicy Kopańca. Stare podania pod jego rękę zamieniają się w żywe opowieści o sprawach ostatecznych.

Leszek Różański,
autor "Opowieści ostatecznych",
W Kopańcu wszyscy tak...
Podoba mi się ten moment, obecny w każdym opowiadaniu, gdy rzeczywistość oswojona przechodzi w baśniową. Izerski realizm magiczny. Podoba mi się heretyckość, a właściwie pogaństwo tych historii. Kopaniec widział wiele przemocy, także religijnej. Lecz, gdy rycerze Boga mordują niewinnych, Leszek ucieka do lasu. Głosi pochwałę sił natury, tych mocy, które objawiały się w górach na długo przed tym, zanim chrześcijanie przytargali na krzyżach swojego Zbawiciela. 


Kalina Jaśko,
autorka ilustracji do "Opowieści ostatecznych"
fot. towarzyskakronikakulturalna.blogspot.com
Młoda ilustratorka - uwaga, 12 lat! - opatrzyła "Opowieści ostateczne" prymitywnymi ilustracjami. "Prymitywny" tutaj to komplement - Nikifor i okolice. Jej obrazki pokazują to, o czym Leszek napisał. Ale skrót, kolor i maniera tworzą osobną warstwę opowieści. Pod jej kredką Kopaniec zyskuje nową twarz. 

Piotr Syposz i jego zabawki.
Dlaczego to wyjątkowa książka, inna od innych? Nie spotkałem jeszcze takiej, w której te same historie opowiedziane się trzy razy. Przez Leszka piórem (no chyba laptopem?), przez Kalinę kredką, a przez Piotra gitarą. Bo Piotr Syposz nagrał dziewięć piosenek, które są jego wersjami legend opisanych i narysowanych w książce. Płyta dołączona. Proste akordy, poetyckie zwrotki i przejmujący, lekko zachrypnięty głos (stracił go w czasie nagrań - autorzy śmiali się, że to klątwa bohaterów "Opowieści...") dały mocno niepokojący efekt. O ile Leszek i Kalina mrugają okiem do odbiorcy,  Piotr tnie po kościach. Jest w jego piosenkach ból, mrok, metafizyczny horror. Edgar Allan Poe przewraca się w grobie. Z wrażenia!

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!

piątek, 6 lutego 2015

Boski Hitler

Jeżeli ta książka jest prawdziwa, to ogarnia mnie zgroza. Jeżeli jest prawdziwa, to Hitler był dla Niemców bogiem. A co, jeżeli to prawda?...




Grecka czarownica Medea zasłynęła w mitach tym, że zamordowała swoje dzieci. Najpierw zdradziła własnego ojca i królestwo, aby Jazon mógł zdobyć złote runo. Po latach, gdy Jazon wziął sobie młodszą żonę, Medea z zemsty zabiła synów, których z nim miała. W historii zapisała się jako wzorzec potwora.

Magda Goebbels na pewno jej dorównuje. Żona speca od propagandy III Rzeszy, pod koniec II wojny światowej, w otoczonym Berlinie popełnia samobójstwo. Wcześniej, bagatela, morduje szóstkę swoich dzieci.

Meike Ziervogel napisała niewielką książeczkę o Magdzie - Medei. Opowiedziała nam historię kobiety, która w obliczu klęski Niemiec podaje morfinę swoim dzieciom, a potem w ich ustach rozgniata kapsułki z cyjankiem. To diabelski pomysł na powieść. Powieść z piekła rodem. Lub obozu koncentracyjnego.

Trzecia Rzesza padła, lecz fascynacja złem żyje. I ma się dobrze. Dlatego sięgnąłem po tę książkę. W nadziei, że zajrzę jednym okiem w czeluście okrucieństwa. Że doświadczę spokojnie na kanapie tej mrocznej siły, która włada ludźmi, która popycha ich do złego. Nie ukrywam, szukałem mocy. Czyż nie dlatego z takim zachwytem wracamy do Gwiezdnych wojen, że moc - w bezpiecznych warunkach, z kartonem popkornu na kolanach - pokazuje nam tam swoje ciemne oblicze?

Lecz co za zawód. Zło w tej książeczce nie odkrywa swojej tajemnicy. Owszem, czytam o Magdzie, co otruła szóstkę dzieci, ale jak byłem głupi przed lekturą, tak i jestem po. Dostaję opowieść o Magdzie, co wyrastała w samotności i o jej zimnej, wyrachowanej matce. O Magdzie, która morduje swoje dzieci, aby uchronić je przed gwałtem i zemstą Armii Czerwonej. Ale przecież nie każda samotna dziewczyna, nawet ta przestraszona bolszewikami, morduje dzieci. Więc takie wyjaśnienie na nic. Szukam dalej. Ale dalej nie ma nic. Suchy opis faktów. I nie wiem, czy ten brak wyjaśnienia, skąd się bierze zło, jest nieudolnością autorki, czy tajemnicą zła? Być może o złu nic się nie da powiedzieć mądrego, poza tym, że jest? 

Bo zło jest. Zaglądam jednym okiem do tabloidów, więc wiem, że wciąż na świecie - a konkretnie w Polsce - żyją matki, które zabijają własne dzieci. I dalej - mimo, że wszyscy o tym piszę, a tvn kręci newsy - wyjaśnienia brak. Bo ani te psychologiczne, ani te prawne nie tłumaczą fenomenu zbrodni. Owszem, opisują, ale nie tłumaczą. Jest coś w umyśle ludzkim, co wymyka się opisowi. Więc mam przemożne uczucie, że tylko wydaje mi się, że rozumiem świat. Słyszycie? Żyjemy pośród cieni! W platońskiej jaskini!

Więc uznałbym powiastkę Meike Ziervogel - której nazwisko tłumaczy się, jako kolorowe ptaszki - za błahą, gdyby nie jeden obraz. Magda trucicielka, niemiecka Medea wielbi Hitlera bałwochwalczo. Wydaje jej się, że przywódca III Rzeszy jest prorokiem, Mesjaszem, Bogiem, a ona jego jedyną godną Towarzyszką. Kimś w rodzaju Matki Boskiej i Boskiej Kochanki. A to jest słabe. Czy autorka mówi nam, że cała II wojna światowa wzięła się z miłosnej fascynacji narodu do Boga Ojca Hitlera? Włos mi się jeży, gdy o tym myślę. Bo jeżeli Hitler bogiem, to zło ma potężną moc. I wciąż się czai, czekając tylko, aby podnieść łeb.

A przecież podnosi. Czy Państwo Islamskie, gdzie katuje się dzieci, grzebie żywcem i zabija, nie jest złem, którego nie można zrozumieć? Złem popełnianym w imię Boga? 

Magda to niebezpieczna książeczka. Chociaż mała...

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!


niedziela, 1 lutego 2015

Obciągnij mi!

A dokładniej: "Obciągnij mi mojego wielkiego, zielonego kutasa!", prosi naga, właśnie zabita Ukrainka równie nagiego Polaka, który ją przed chwilą zamordował.

Karolina Adamczyk, Michał Czahor, fot. Magda Hueckel

Bezsens? Horror klasy C? No, właśnie, przyznam się, że na Szczurach Mai Kleczewskiej, nowej gwiazdy Teatru Powszechnego w Warszawie czułem się chwilami bezradny. A chwilami wściekły. Bezradny, bo nie rozumiałem, co się dzieje na scenie. A wściekły z tego samego powodu.

Para Polaków dręczy biedną Ukrainkę. Ona jest w ciąży, oni chcą zabrać jej dziecko. Zabierają jej dziecko. Pod koniec spektaklu dziecko ginie. A potem Polak gwałci i zabija Ukrainkę. A potem ona jest żywa i się kochają. I jest to - merde! - najbardziej czuła scena tego całego, porąbanego przedstawienia.

I żeby to było tylko tyle. Ale nie, Kleczewska wkleja do sztuki teksty artystów celebrytów. Nagle aktorzy zaczynają gadać Michałem Żebrowskim, Joanną Szczepkowską czy Janem Englertem. Cytatami z ich wywiadów. Przedstawienie pruje się, jak stary worek. Nie liczcie na klasyczną akcję. Reżyserka wzięła tekst niemieckiego noblisty, Gerharta Hauptmanna i poupychała w nim kolanem, co chciała. A co chciała? Podobno wkurzyć nas - kulturalnych, zadufanych w sobie Polaków. Pokazać nam naszą przemoc i podłość wobec słabych, biednych, wykluczonych. Ok, o tym już wszyscy pisali, nie ma sensu, żebym się dokładał do chóru. W jej spektaklu zafascynował mnie wspomniany już wyżej kutas. Penis. Fujara. Ptak.


Wyklęty penis


W pierwszej scenie Polak, Michał Czachor płaci 50 dolarów Ukraińce, Karolinie Adamczyk, żeby pokazała mu piersi. Pod koniec sam paraduje z gołym fiutem. Pojawia się przed widownią w damskich pończochach z odsłoniętymi genitaliami. I wijąc się erotycznie opowiada o zbiorowym gwałcie i mordzie na Ukraińce, pomocy domowej.

Na początku spojrzałem nieśmiało. Wiadomo, nagi członek - na żywo - widok niezwykły. Przynajmniej dla mnie. Może kobiety częściej mają go przed oczami. Bo ja tylko na basenie. Ale przecież nie wpatruję się pod prysznicem w genitalia pływaków. Nie robię tego z lęku. Bo mężczyzna nie może bezkarnie patrzeć na członka innego mężczyzny. Można za to dostać w ryja. Albo do buzi.

Co czuje mężczyzna, gdy patrzy na penisa innego mężczyzny? Fascynację? Niepokój? Fascynację niepokojem? A może niepokój z powodu fascynacji? Muszę przyznać, że Michał ma ładnego, długiego i zgrabnego. I oglądanie go sprawia przyjemność. I wielka szkoda, że żyjemy w kulturze, gdzie męskie penisy to samo zło. A nazwanie kogoś chujem jest najgorszą obrazą. Jak to możliwe, że cudowny instrument życia i rozkoszy zamieniliśmy w symbol zgnilizny? W coś ohydnego! Dlaczego delikatny, piękny i bezbronny penis jest postrzegany jako narzędzie diabła? Czy Chrystus miał penisa? Czy penis boga jest święty? Dlaczego na krzyżu nigdy go nie widać? Wszak okrutni Rzymianie na pewno krzyżowali nagich skazańców. Czy Bóg się wstydzi penisa? Czy człowiek?


Cóż za wspaniały temat na sztukę! Oto pogardzany, wyklęty penis odzyskuje należne mu miejsce! Penis na ołtarze! Chwalmy penisa, zachwycajmy się nim. Bijmy przed nim pokłony. Dlaczego nikt nie broni prącia? Czy Kleczewska zrobiła spektakl o wielkiej, ogólnoludzkiej przemocy, jakiej od pokoleń dopuszczamy się na męskim kutasie? Nie! Kleczewska, k
tóra chce z naszej polskiej gęby zetrzeć uśmieszek samozadowolenia, sprzymierzyła się z diabłem. Użyła penisa jak maczugi.


Wąż kusiciel 


Wali po widowni penisem, jak bejsbolem. Chce sprowokować. Tylko do czego? Tego nie jestem pewien. Wszak mówiłem już, że niewiele z tego wszystkiego zrozumiałem. Ale gdy tak patrzyłem sobie przez dziesięć minut na uroczego Michała z jego pięknym ptakiem; gdy widziałem, jak Czachor wije się przed widownią, kusząc swym męskim przyrodzeniem - nie od parady kusiciel w Raju przybrał postać węża! - zastanawiałem się, co on czuje? Co czuje aktor eksponując swój nagi skarb tłumowi? Czy mu przyjemnie? Czy czerpie z aktu ekshibicjonizmu zmysłową radość? Czy wprost przeciwnie, robi dobrą minę do złej gry? Zasłania nagim wężem gorycz awangardowego artysty? Cóż, jest w tym coś perwersyjnie przewrotnego, że reżyser kobieta wydaje polecenie aktorowi mężczyźnie, aby rozebrał się i majtał przed widownią swymi wdziękami. 


Bicie piany


Pod koniec przedstawienia robi się taka rozpierducha, że przyjeżdża straż pożarna i zalewa wszystko pianą. Widzowie z pierwszych rzędów uciekają. Na scenie wszyscy wrzeszczą, a że mają mikroporty, nic nie można zrozumieć. Ktoś leci Mickiewiczem, ktoś udaje Chrystusa, Ukrainka smaruje sobie szyję szminką i jest tak, jakby podrzynała sobie gardło. Totalny burdel. I wtedy przeżywam epifanię. W wykrzywionej złością twarzy Ukrainki widzę ducha naszych czasów. W jej charczeniu słyszę te głosy, które nie chcą być usłyszane. Te głosy, które nocami wrzeszczą na Grochowie, gdzie mieszkam. Głosy przepite, pełne złości i bólu. Głosy, które od tysiącleci wydaje ludzkość. Ludzkość bolesna, upodlona, wściekła. Jeżeli tych głosów nie usłyszymy, nie uszanujemy, one zawsze będą wyć. A z tego wycia powstają demony. A z tego wycia - które jest owocem przemocy - rodzi się przemoc. Ta mała, domowa. I ta wielka, atomowa. 


Kolekcja Ricka Owensa w Paryżu!
fot. The Muse
Ale jest nadzieja! Na salony wkroczył penis. Niedawno w Paryżu Rick Owens wypuścił na wybieg obnażonych modeli. Nareszcie ktoś docenił piękno kutasa! Teraz wszystko się zmieni. Gdy pokochamy męskie penisy, gdy przytulimy je do ust, może demony przestaną wyć? Może będzie mniej zgwałconych Ukrainek?

Ta nowa moda - z ptakiem na wierzchu - z amerykańska nazywa się Donald Ducking. A więc - wyciągajmy, obciągajmy, kochajmy! 

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!



czwartek, 29 stycznia 2015

Potwór Kryśki

„Mam na imię Krystyna, jestem alkoholiczką i narkomanką”. To bardzo chujowa formuła. Wszyscy musimy się jej nauczyć.


Tak zaczyna się powieść Małgorzaty Halber, prezenterki muzycznej telewizji. Choć bohaterka ma inaczej na imię, zakładam, że autorka włożyła w nią swoją poranioną duszę. To bardzo osobista spowiedź. Na pewno wymaga dużej odwagi. Albo skłonności samobójczych.

Młoda, atrakcyjna, ze świetną pracą. Pełna energii, pomysłów, wygadana. Ekstrakt Warszawki. Prowadzi życie, jakiego zazdroszczą miliony. Bryluje przed kamerą, a potem z kolegami w modnych knajpach. Jej facet jest muzykiem. Cud, miód. Dlaczego więc chodzi nawalona non stop? Dlaczego jara od rana? Co ją do tego zmusza? Jaki potwór? Ta książka jest próbą opisania potwora nałogu.

Nałóg pojawia się tam, gdzie jest pustka. Boląca pustka. Zaczyna się zwykle w dzieciństwie. Dzieciństwo Kryśki to domowy obóz przetrwania. Matka alkoholiczka. Kryśka ją kocha, ale boi się i wstydzi matki, która odpływa w alkoholowe ciągi. Ojciec jest gwałtownikiem, z którym też nie ma kontaktu. Samotna i zrozpaczona Kryśka znajduje antidotum. Rano przed szkołą wypija trzy hausty wódki, a do tornistra ładuje butelkę wypełnioną koktajlem z sangrii i wódki. Co za ulga. Nareszcie przestaje się bać. I tak do trzydziestki! 

Przez całe życie wypracuje sobie maskę, za którą będzie się chować. Będzie pić z ludźmi, bo nie potrafi z nimi naprawdę rozmawiać. Alkohol, a potem marihuana dadzą jej to, czego jej brakuje – protezę mocy, szczęścia, sensu życia i pewności siebie. I ściągną ją na dno. Dla Kryśki dnem będzie wywrotka. Któregoś dnia przewróci się i nie zadziała odruch obronny. Nie użyje rąk, przez co złamie sobie nos. To będzie ten impuls: „dość”. Pójdzie na terapię.

„Najgorszy człowiek świata” jest przekonującą opowieścią o tym, jak uzależniony człowiek próbuje wyrwać się potworowi.  Jak zmaga się z samym sobą i z ciężarem terapii. Jak odkrywa, że żył w oszustwie. I jak boleśnie uczy się żyć w prawdzie. Bardzo osobista opowieść o samotności, o próbie zbudowania siebie od nowa. I o gorzkim zwycięstwie. Ponieważ nałogowiec nigdy nie wie, czy potwór nie wróci. I nie chapnie go jednym kłapnięciem szczęki.

Żyjemy w kulturze nałogu. Alkohol i inne substancje zmieniające świadomość to nasz chleb powszedni. I o tym jest też ta książka. O tym, że tworzymy społeczną zmowę wokół najebki. Chlejemy na potęgę, jaramy jak smoki, ale "no problem!". Jakiś ból, jakaś choroba, jakieś uzależnienie? Weź, nie żartuj. Lepiej się napij! Gdy Kryśka chce uciec potworowi, z przerażeniem spostrzega, że on czai się wszędzie. Spotkanie towarzyskie? Wóda. Wyjazd służbowy? Wóda. Wyjazd integracyjny? Jeszcze więcej wódy. Piękni ludzie z telewizji - młodzi, obrotni, przyszłość narodu - znają tylko jeden język: "Polej".

Kryśka wciąż powtarza, że żyje w środowisku, gdzie liczy się szybka riposta. I tak napisana jest ta książka. Autorka o największym bólu potrafi pisać, jak córka Woody Allena. Ironicznie, mądrze i z energią. Więc zajrzyjcie, kochani do tej spowiedzi gwiazdy telewizji. Możecie być zaskoczeni. Możecie dowiedzieć się czegoś o sobie. Na przykład, że każdy się wstydzi. „Każdy się wstydzi trzech rzeczy. Że nie jest ładny. Że za mało wie. Że niewystarczająco dobrze radzi sobie w życiu. Każdy”. I co wy na to? Czy znacie tego potwora? Bo ja znam...

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!


sobota, 3 stycznia 2015

Chcesz pisać? Rób sceny!

Masz procę, łuk, okutą pałkę? Dość! Ode mnie dostaniesz niezawodny miecz świetlny. Broń o mocy tysiąca słońc. Teraz urąbiesz każdą czytelniczkę. A czytelnicy padną ci do stóp!...


Myślisz, że żartuję? Że ponosi mnie retoryka? Ok, nie musisz wierzyć na słowo. Uwierz na scenę! Powieść, która trzyma za gardło czytelnika, czytelniczce wyciska łzy, a dziecku zmienia pieluchę - robi to dzięki scenom. Matka prozy, ojciec akcji i daleka babka mitu - scena! Cóż to z dziwo? Zanim wytłumaczę - zrobię ją! 

Panie i panowie - oto scena:

Dejanira była piękna, jak marzenie onanisty. Jej śniade ciało o skórze, jak jedwab polany olejem lśniło na balkonie wieży. Wysokiej wieży. Herkules dźwigał właśnie łeb hydry, gdy ujrzał Dejanirę bez koszuli. Oczy stanęły mu w słup. Maczuga też.
- O, bogini! - zakrzyknął.
Rzucił zdobycz i wspiął się na wieżę. Raz, drugi. A potem trzeci. Gdy spadł po raz dwudziesty, podniósł się z ziemi, dysząc. 
- Na Zeusa - zawołał. - Może ty zejdziesz do mnie?
Dejanira uśmiechnęła się tak, że krążący w błękicie orzeł zaczął lecieć tyłem.
- Nie mogę - zawołała z wysoka - To zaczarowana wieża. Ale jest sposób, by mnie uwolnić. Na dalekiej Krecie mieszka Dedal, on da ci skrzydła. Przyleć tu, a będę twoja...
Gdy Herkules to usłyszał, podskoczył rozogniony.
- Pędzę! - zakrzyknął. - Jak wiatr!
I pognał do portu. Lecz drogę do okrętu zagrodził mu Alibaba z czterdziestoma rozbójnikami. 
Nie popłyniesz na Kretę - powiedział Alibaba, który nie znał greckich mitów. - Dejanira będzie moja.
Maczuga błysnęła cztery razy. Każdy cios - dziesięć trupów. Ocalały Alibaba uciekł, gdzie pieprz rośnie. Czyli w przeciwną stronę.
Herkules wsiadł na statek. Marynarze wciągnęli wielki żagiel na maszt. Kadłub wesoło skakał na falach. Lecz na środku morza wiatr ucichł. Żagiel opadł, jak zarobki w Grecji. 
- O, Posejdonie i ty przeciwko mnie? - zawył Herkules, któremu chuć urywała uszy.
Nabrał powietrza w płuca i dmuchnął. Żagiel chwycił wiatr i załopotał, jak skrzydła Dedala. Herkules dął, statek płynął. Heros wypluwał płuca, aby jak najszybciej posiąść piękną Dejanirę. Następnego dnia wylądowali na brzegu Krety.
Herkules zeskoczył na plażę. Zakrzyknął z radości. I wtedy  ujrzał szarżującego szarego potwora. Był to żelazny byk, zbudowany przez Dedala na rozkaz króla Minosa. Zwierz ten atakował przybyszy, którzy bez zezwolenia króla lądowali na wyspie. Trzy doby mocarz zmagał się z bykiem. Trzy dni uciekał przed nim, trzy noce go ścigał. Żelazna skorupa potwora odporna była na ciosy maczugi. Wreszcie heros zepchnął byka do wulkanu. Stopił się zwierz w sercu ziemi.
Szczęśliwy siłacz pognał do Dedala.
- Mistrzu - zawołał od progu. - Skrzydła albo życie!
Z herosami się nie dyskutuje. Wysłuchał Dedal opowieści Herkulesa o pięknej Dejanirze i wzruszył się pożądaniem wielkim, jak kolos z Rodos.
- Kobiety to anioły - przyznał siwy konstruktor, który niejednej królowej dogodził. - Zabierają nas do nieba.
I podarował Herkulesowi najnowszy model paralotni.
A gdy mocarz przypiął skrzydła i poszybował w powietrze, rzekł Dedal do stojącego obok syna.
- Patrz, Ikarze i ucz się. Oto prawdziwy mężczyzna. Żadnych hamulców!
A podniecony, niczym makler giełdowy, gdy spada kurs franka, Herkules wylądował na szczycie wieży. Skóra Dejaniry błyszczała, niczym diamenty w oliwie. Jej uśmiech był bramą Olimpu. Rzucił się na nią spragniony mocarz. Runął z góry, jak pioruny Zeusa. Zagarnął potężnymi ramionami.
- Nareszcie - westchnęła kobieta - ktoś mnie przeleci...
I poddała swe miękkie ciało męskiej żądzy. Zaległ Herkules na jej boskim łonie. Już szykował maczugę, aby zadać decydujący cios. Już dyszał, jak Minotaur. Lecz wtedy nagle...
Z nieba coś spadło. Coś przemknęło jak pikujący orzeł. Coś przecięło błękit i wyrżnęło w plecy miłośnika. O, Bogowie! Siła uderzenia była potężna. Herkulesa aż zatchnęło. A Dejanira? Dejanira zabulgotała. Nieszczęsna! Jej kruche ciało nie wytrzymało obciążenia. Powoli spod herosa wylała się czerwona plama. Gdy Herkules pojął, że zmiażdżył ósmy cud świata, zawył. 
- Dejaniro!...
A spośród szczątków tego czegoś, co spadło z nieba, wygrzebał się... Ikar. Syn Dedala. Stanął na chwiejnych nogach. Wzrok miał błędny.  
- Przepraszam - stęknął. - Myślałem, że tata mówił o moralności. A hamulców nie ma to gówno...
I kopnął połamaną paralotnię.

To była scena. O co chodzi? O zbudowanie opowieści, która przykuje uwagę czytelniczki. Opowieści, która sprawi, że czytelnik zamiast surfować po sieci, przewróci kolejną stronę twojej książki. Scena jest jak człon rakiety. Musi odpalić, aby posunąć akcję. Jest paliwem, które podsyca ciekawość czytających. Jak ją zrobić?


Konstrukcja sceny

Po pierwsze scena musi mieć bohatera. Po drugie, bohater musi mieć cel. Musi czegoś chcieć, do czegoś dążyć. Po trzecie muszą być przeciwności. Bohater nie może celu uzyskać od razu. Musi zmagać się z przeszkodami, wrogami, albo chociaż samym sobą. Im więcej przeciwności, tym lepiej. Napięcie, które rodzi się między ustami, a brzegiem pucharu, między żądzą bohatera, a brakiem jego zaspokojenia, jest tym, co lubi czytelniczka. Jest tym, co pożąda czytelnik. Jest hakiem, na który nabijamy łososia. Na koniec, gdy już wydaje się, że bohater zdobył to, co chciał, gdy oddychamy z ulgą, pojawia się katastrofa. I bohater wszystko traci. A my jesteśmy poruszeni i zadajemy sobie sakramentalne: Co dalej? I obracamy stronę. Proste? No, proste, jak drut. To dlaczego znaczna część pisarzy (i pisarek) polskich - pana Krajewskiego i Sapkowskiego przepraszam! - NIE MA O TYM POJĘCIA?... W wyniku czego dostajemy opis świata, który trzyma się tylko dzięki wytrwałości i dobrej woli czytelniczki. A nie dzięki nagromadzeniu energii piszącego. Sacrebleu!

A teraz przyjrzyjmy się scenie, którą wypłodziłem:

Bohater - Herkules. 
Co chce bohater? - Dejaniry.
Przeciwności - Alibaba, cisza na morzu, byk Dedala.
Prawie sukces - zaczątek seksu z Dejanirą.
Katastrofa - upadek Ikara.

Powtórzę jeszcze raz wielką trójcę: pragnienie - walka - katastrofa! I już. Cała filozofia. Ale spokojnie, bez poczucia wyższości - wzór Einsteina na zachowanie energii też wygląda prosto! 

Pisząc scenę jak najszybciej określ, czego chce bohaterka. Nawet jeżeli jej chęć to napić się karmelowej latte. Twoja czytelniczka musi to wiedzieć, żeby się złapać na haczyk: Uda się, czy nie uda? Gdy się złapie, z emocjami będzie przeżywać perturbacje bohaterki (kelnerka nie przynosi kawy!). Z radością przyjmie jej prawie sukces (bohaterka pije z filiżanki) i tym większą frustrację wywoła porażka (kawa wylana na sukienkę!).  A ta frustracja to właśnie śruba, którą przyspawasz czytelniczkę do swojej opowieści. To wszystko wydaje się naprawdę banalne. Teraz, gdy wiesz. Ale najciemniej jest pod latarnią!

Scenę obowiązuje klasyczna zasada trzech jedności - miejsca, akcji i czasu. Scena wydarza się w czasie rzeczywistym. Sorry, bokserzy nie przerywają walki, żeby dokończyć jej po obejrzeniu serialu. Gangsterzy nie zostawią napadu na bank, żeby wrócić po weekendzie. A żona, która odkryła zdradę męża zaraz biegnie z tą nowiną do przyjaciółki! ;) 

Scena zrobi ci książkę

Pisz na bogato. Porządna scena musi wybrzmieć. Trzeba z niej wycisnąć, co tylko się da. Wszelkie niuanse emocji, pożądania, przerażenia, bezsilności. Bohater musi bardzo chcieć. Najlepiej jeżeli jego chęć dotyczy najważniejszych, najgorętszych spraw egzystencji. Życia, seksu, kasy, śmierci. Tylko o to warto się bić. A przeciwności muszą się mnożyć. Muszą być potężne. Muszą się ze sobą zetrzeć Wielkie Chcenie z Potężnymi Przeciwnościami. Wtedy rodzi się energia, która trzyma czytelniczkę za gardło. I biedna nie opuszcza książki do rana. Nie bój się sponiewierać bohatera. Utytłać go w błocie, obić mu mordę, albo chociaż skrzywdzić moralnie. Do potężnej sceny potrzebny jest prawdziwy Wróg. Ale wrogiem zajmę się kiedy indziej. Pamiętaj - 5 tysięcy znaków to minimum na porządną scenę. A jak napiszesz 10 tysięcy - też nie będzie za dużo!

Scena to pierwsza i podstawowa część składowa prozy. Opowieść - twoja książka! - to właśnie zbiór scen. Małych scen i scen dużych. A im bliżej końca, tym sceny muszą być potężniejsze, chcenie większe, a wrogowie bardziej bezwzględni. Pomyśl - twoja wymarzona powieść to po prostu zbiór scen. Gdy wymyślisz szereg scen, które logicznie następuję jedna po drugiej - masz swoją opowieść. Masz książkę!

Tylko tyle? No prawie. Ważne jest także, co włożysz między sceny. Ale co to ma być? I ile tego ma być? O tym w następnym odcinku!

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!


Poprzednie odcinki:

Odcinek 1
Dlaczego czytelniczka czyta?


Odcinek 2
Dlaczego nie możesz pisać?



Odcinek 3
Wszystko, co najważniejsze!



  Odcinek 4
        Frustracja drugie imię pisarza   
http://romanpraszynski.blogspot.com/2014/12/chcesz-pisac-pokochaj-frustracje.html


Odcinek 5
Przede wszystkim akcja!


Odcinek 6
Bohater poszukuje celu