poniedziałek, 29 października 2012

Podróż Autora

Wczoraj telefon od wydawcy: "Mam dwie dobre wiadomości i jedną złą. Dobre - tekst powieści jest po redakcji i są propozycje okładki. Zła - zmienił się prezes. Nie wiadomo, czy  w ogóle zechce ją wydać". O, wurwa!...

Z tą powieścią mam prawdziwą Podróż Autora. Znacie? To pomysł zapożyczony od Josepha Campbella. Chodzi o to, że bohaterka wyrusza po skarb dla siebie, ale też dla społeczności, z której się wywodzi. Przeżywa dużo przygód, dojrzewa i wraca ze skarbem. Z tego amerykańskiego podręcznika czerpię wiedzę, że każda dobra opowieść powinna mieć dwa punkty kulminacyjne. Pierwszy, gdy bohaterka wchodzi do jaskini, aby zdobyć skarb. Musi wtedy zmierzyć się ze potworem, zbójcą lub swoją słabością. Oczywiście, nie chodzi o prawdziwą jaskinię i rzeczywistego potwora. Za to skarb musi być jak najbardziej dotykalny - nawet, jeżeli to "tylko" uczucie ukochanego. Potem, gdy bohaterka wraca ze skarbem do domu, a czytelnik oddycha z ulgą, że nic  już złego nie może się zdarzyć - czas na drugie uderzenie. Wtedy właśnie wydarzyć się musi druga katastrofa, albo wiem nie można bezkarnie zdobyć skarb i wyjść z jaskini. Siły zła mobilizują się na potęgę. Chcą odebrać zdobycz bohaterce. Ona znów walczy, a czytelnikowi skacze adrenalina - czyli ma to, czego oczekiwał, sięgając po książkę.
Ja też mam za swoje. Myślałem, że czas walki z potworami już minął. Że milczenie wydawców lub ich lakoniczne odmowy już za mną. Że teraz słodki czas cieszenia się skarbem. No nie! Nigdy nic nie wiadomo. Puch i pył...

Ale też patrzę z ciekawością, co się wydarzy. Czy to tylko potyczka, czy upadek? Dramat czy okazja? I dokąd to wszystko mnie zaprowadzi? Podróż trwa...

piątek, 19 października 2012

Wokulski Reaktywacja

Kim jest Wokulski?

W "Lalce" jego pobratymcy opisują go na 37 sposobów. Od bohatera do głupca. Raz nawet pada zdanie, że jest Niemcem. Kto czytał Tokarczuk, wie, że Wokulski to gnostyczna dusza, która wyrywa się z okowów ciemności do światła. A ja zastanawiam się nad jego wielopokoleniową karierą. Przez ponad stulecie był najważniejszym bohaterem najważniejszej polskiej powieści. Dlaczego go tak pokochaliśmy? On po prostu wspaniale uosobił pewne polskie nieszczęście. Niemożność. Tak mu na imię. Chciał chłop bardzo, jeszcze bardziej się starał - i nic. Ani w ząb. Jak nie zimna suka go wykołowała, to polskie społeczeństwo poszczuło psami. Jak nie niekochana żona, to zsyłka do Irkucka. Jak nie samopogarda to samobójstwo. Czy czegoś Wam to nie przypomina? Wokulski doskonale wpisał się w polski los. My też zawsze chcieliśmy, a nie dawaliśmy rady. Podskakiwaliśmy i upadaliśmy na pysk.  Bo los, wojna, zabory albo komunizm. I piszę to całkiem bez ironii.  Przeje... nasz los  był. Ale ta niemożność głębsza. Ahistoryczna. Bo zabory rozwiały się w pomroce dziejów, komunizm też jakby w odwrocie (nie dla wszystkich, sam słyszałem, jak pod Sejmem bohaterowie "Obudź się Polsko" śpiewali: "A jesienią zamiast liści będą wisieć komuniści"!...), więc wydawać by się mogło, że czas najwyższy obudzić się. Ale nie - przecież krzyże pod Pałacem wyrosły na wspaniałej niemożności. Niemożność to nasze drugie imię. Dlatego Wokulski tak był kochany. Był każdym z nas. Prusowi udała się nieziemska sztuka - wysmażył ekstrat z polskiego DNA i wszczepił go Stachowi...

Piękne to i straszne. Ale starczy...

Dlatego napisałem Córkę Wokulskiego. Żeby odczarować Wokulskiego. U mnie Stach wraca do Warszawy i rządzi. Jest nowym typem bohatera. Takim, jakiego brakuje polskiej literaturze. Jakiego brakuje nam, Polakom. Bohatera, który przeżywa przemianę. Dojrzewa i wygrywa. Dałem Wokulskiemu jeszcze jedną szansę. Zrobiłem to dla siebie. Ale też dla Ciebie... dla nas...
Szczegółów oczywiście nie zdradzę i tak mam poczucie, że chlapię zbyt dużo. Książka, jak zapewnia wydawca, będzie w połowie listopada, więc każdy będzie mógł przekonać się sam, czy mój dipason nastrojony właściwie...
Kilka tygodni temu w księgarni im. B. Prusa podsłuchałem panią na kasie. Skarżyła się koledze: "Wszystkie wydawnictwa obdzwoniłam. Nigdzie nie ma "Lalki". Już nikt jej w Polsce nie drukuje..."
Nie wiem, czy to dobrze wróży mojej powieści. Ale może to właśnie jest potwierdzenie moich powyższych wywodów? Stary Wokulski umarł. Już nikt go nie chce. Czas na nowego Wokulskiego.
Reaktywacja...

środa, 17 października 2012

Chłopak z Grochowa


Od paru lat mieszkam po praskiej stronie Wisły na Grochowie. To zacna, literacka dzielnica. Ksiądz Twardowski przed wojną przychodził tu do wujka na obiady. Stasiuk poznawał tutaj smak marihuany. Chłopak z Grochowa. Tak mówią o sobie Gawliński z Wilków i Bieńczyk z Nike. W czasie Powstania Warszawskiego moja mama jako dziewięcioletnia dziewczynka biegała po grochowskich polach. Jadła ziemniaki pieczone w ognisku. Dziewczynka z Grochowa. Mieszkał tutaj też Edward Stachura, zanim nałykał się prochów, podciął żyły i powiesił. Mówiłem, że zacna dzielnica...
Trzy lata temu bratanica Stachury, Monika założyła na Grochowie kluboksięgarnię Legalna. Sprzedawała kawę, książki i urządzała wieczory autorskie. A w soboty rano, kiedy lokal był całkiem pusty zachodziłem tam z laptopem. Piłem kawę i pisałem Córkę Wokulskiego. Napisałem czterysta stron i doszedłem do ściany. Nic, ani rusz. Czterysta stron i właściwie nie ruszyłem z intrygą. Co dalej? Jak opisać akcję, w wyniku której młoda Żydówka zamachnie się na cara? Dopadł mnie kryzys wielki, jak amerykański dług w Chinach. Zamknąłem laptopa i założyłem zespół Wiatraki.To były piękne chwile - męskie granie... Ale przecież chciałem pisać. Nie: po prostu pisać. Chciałem napisać tę właśnie historię. Historię Zlotu Carów. W 1884 roku przyjechało do Warszawy trzech rozbiorowych władców (autentyk!): car Rosji - Aleksander III, cesarz Austrii - Franciszek Józef i cesarz niemiecki Wilhelm I. Cóż za wspaniała okazja dla pleniącego się ówcześnie po Europie anarchizmu. Cóż za podnieta dla dyszących zemstą dzieci styczniowych powstańców. Cóż za temat dla literata marzącego o wielkich nakładach, wiekopomnej sławie i rozmowie z Marcinem Prokopem w porannym paśmie TVN!...
Jak to mówią, choroba sama jest lekarstwem. Siedziałem w Legalnej i patrzyłem z nienawiścią na laptopa. Żeby nie widzieć świadka mej porażki, przyglądałem się książkom na półkach. Jedna z nich nosiła tytuł: Warsztat pisarza, autor Dwight V. Swain. Oczywiście Amerykanin. I nagle historia jak z hollywoodzkich filmów. Przeczytałem podręcznik pisania, wyrzuciłem te czterysta stron do kosza i zacząłem wszystko od początku. Tak, po dwudziestu latach pisania, po wydaniu czterech powieści, w końcu zrozumiałem, o co w tym wszystkim chodzi. To było olśnienie! Jeszcze rok i miałem kolejne siedemset stron. Córka Wokulskiego była gotowa...

sobota, 13 października 2012

InterCity Bolesław Prus

Skrzydło Anioła...

W sierpniu 2008 przeprowadzałem wywiad z Markiem Krajewskim do "Twojego Stylu". Siedzieliśmy sobie na wrocławskim Rynku i miło rozmawialiśmy o jego literackich przypadkach. Potem wsiadłem w pociąg i wróciłem do Warszawy. Myślałem sobie: "Kurczę, napiszę kryminał, który dzieje się w świecie Lalki. Szuman będzie świetnym detektywem. On zawsze wszystko wiedział!". Czułem, że wpadłem na świetny pomysł. Sensacja uniesie fabułę. Nareszcie mam sposób, aby spełnić zamiar, który chodzi za mną od lat. Moja książka w książce Prusa! Podniecony przesiadłem się w Poznaniu. Wsiadając do ekspresu InterCity, który jechał do Warszawy ze Szczecina spojrzałem na tabliczkę z nazwą. Matko Boska! Patrzę jeszcze raz i oczom nie wierzę. Bolesław Prus. Pociąg, który ma mnie zawieźć do Warszawy, miasta Wokulskiego, nazywa się BOLESŁAW PRUS. Dacie wiarę? Jakby mnie musnęło skrzydło anioła...

...pazur diabła

Kilka tygodni później zacząłem pisać "Córkę Wokulskiego". Podjarany znikałem na całe weekendy w mieszkaniu znajomej, która wolała w tym czasie przesiadywać po knajpach. Pisałem i pisałem. Stron w komputerze przybywało w zastraszającym tempie. Kryminał? Jednak nie. Mój temperament nie pasuje do drobiazgowego śledztwa, nurzaniu się w przeszłości. U mnie bohaterowie - hej, do przodu. Pędzą, lecą. Pisałem szczęśliwy, że znów jestem pisarzem. Jestem pisarzem, bo piszę. Więc pisałem, żeby być pisarzem. Pędziłem, leciałem...
Najpierw wywalili mnie z "Twojego Stylu". Naczelny uznał, że jednak nie umiem pisać. W jego stylu. Potem, gdy miałem już czterysta stron, uznałem, że to wszystko jest do dupy. To znaczy, fajne nawet te sceny, postaci zabawne, ale w żadną całość się nie układają. Nie ma intrygi, nitki nie ma, za którą pociągnę czytelnika za nos. A bez nosa - jak żyć? Na domiar złego znajoma porzuciła knajpy i do Amsterdamu pojechała, aby w dymie haszyszowym utonąć. Zostałem bez pracy, widoków na karierę pisarską i nawet dziuplę do pisania straciłem. Nie wyglądało to dobrze. Jakby diabeł swój paluszek wsadził...

Ale jednak powieść jest. Kontynuacja "Lalki" niedługo na rynku. Ekspres Bolesław Prus dowiózł mnie na końcową stację. Jak wyglądała ta podróż? O tym w następnym odcinku...

piątek, 12 października 2012

Himalaje

Po co ten...

Odkąd pamiętam chciałem napisać powieść, której akcja rozgrywać się będzie w świecie  "Lalki" Bolesława Prusa. Dlaczego? Skąd taki pomysł? Nie mam pojęcia. To jak z tymi Himalajami - są, to się na nie włazi...
Większość życia egzystowałem jednak w przeświadczeniu, że to za wysokie góry dla mnie. Gdzie mi do "Lalki" i Prusa? Toż to samobójstwo taka wyprawa. Ja to mogę najwyżej po pagórkach - po górach Świętokrzyskich...
Ale kilka lat temu uświadomiłem sobie, że przecież zdobyłem rozległe wyżyny. Napisałem "Córki Lota" - czyli Biblię po swojemu. Spojrzałem na świat ze wzgórz pustyni Negew nad Morzem Martwym. A więc jednak mogę - umiem poruszać się wśród mitów, wielkich postaci i jeszcze większych autorów.
Zakręciło mi się w głowie... Ruszyłem w góry. Pierwszy krok postawiłem 8 września 2008 roku. Wtedy zacząłem pisać "Córkę Wokulskiego". Postanowiłem napisać Lalkę 2.0 - dalszy ciąg przygód Stacha Wokulskiego i kompanii. Trzy lata zajęła mi wędrówka na szczyt. Potem jeszcze rok szukałem wydawcy. I wreszcie dziś pani redaktor MWK siedzi nad moim tekstem, a książka ma ukazać się przed świętami!

...blog?

Dużo mnie kosztowały minione cztery lata. Włożyłem mnóstwo pracy i marzeń w "Córkę Wokulskiego".  A teraz, gdy powieść ma się urodzić dla świata, zakładam książeczkę jej narodzin. Na blogu będę notował, jak się pojawia, przybiera na wadze i pięknieje. Będę opisywał, jakie ma przygody. Ona i ja. Bo przecież nigdy nie poprzestaje się na zdobyciu jednego szczytu. Za nim są następne i następne...

Zapraszam do wspólnej wędrówki...


Roman Praszyński