piątek, 9 listopada 2012

Redakcja wariacja

Niespodzianki czekają na Autora do samego końca. Gdy już zziaja się, biegając za wydawcą, gdy przełknie upokorzenie umowy ("ile by ci wydawca nie dał, to i tak zawsze cię ograbia" - Manuela Gretkowska w rozmowie telefonicznej), jak już doczeka się  na dopuszczenie do druku, przed nim jeszcze jedna pułapka. Redakcja...

Kilka dni trwało, zanim dotarłem do Worda 7 z pełnym zapleczem. Tylko taki czytał naniesione redakcyjne poprawki. Pierwszy rzut oka na zaczerwieniony tekst. Nie jest źle, sama drobnica. Drugi rzut oka - krew wali mi do czaszki. Czyta się to jak tłumaczenie. Jest tłumaczenie. Ale gdzie moja powieść?...
Nic to - myślę sobie. Nie ma co łamać kopii. Jesteśmy na finiszu, czas nagli, trzeba wydać książkę przed świętami, żeby ludzie kupili na prezenty. Tyle czekałem na druk, niech sobie mają, to przecież tylko słowa...
Więc czytam i coś tam zaznaczam, żeby przywrócili, ale niewiele. Drobnica...
Drugiego dnia czytam i myślę sobie: "Tak nie może być. Przecież to mój język. Dlaczego mój styl zamieniono na nudne słowa, których nie widać? W imię czego? Fantazji pani redaktor na temat tego, jak pisze się popularne powieści?...". Jest noc, dzwonię do wydawcy. "Nie wiem, jak zacząć - mówię - ale czytam i rzucam  kurwami... Mój język nie jest przezroczysty. Jest intensywny, ma frazę i rytm. Cały pierwszy rozdział trzeba przywrócić do pierwotnej wersji!". I zdarza się cud... wydawca mówi tak. TAK. Jakie to piękne słowo...
Pani redaktor nie jest zachwycona. Mówię, że nie dziwię się jej emocjom. Mnie też krew uderzyła do głowy, gdy czytałem jej poprawki. Pani redaktor mówi, że rozumie, w końcu to ja podpisuję się pod tym tekstem. Kończymy rozmowę  w poprawnej uprzejmości. Ale coś mi się wydaje, że nie zostaniemy przyjaciółmi...

A więc redakcję mam z głowy. Czekam z niecierpliwością co dalej?...

1 komentarz: