wtorek, 4 grudnia 2012

Odnaleziona

Wczoraj moja córka zaginęła. Nie Córka, ale córka Magda, sześciolatka. Zaginęła na dziesięć minut. W tym czasie moja żona obiegła blok trzy razy, zadzwoniła do mnie, akurat wchodziłem do windy w redakcji, zadzwoniła na policję i wezwała na pomoc sąsiada, taksówkarza.
Sprawa jest absolutnie poważna i fakt, że zaginięcie trwało dziesięć minut nie umniejsza jego powagi i dotkliwości. Zwłaszcza dla mojej żony. Ja zdążyłem wyjść z windy, policjant odebrać zgłoszenie („Niech się pani uspokoi!”, „Wiem, wiem”, chlipała Justyna), a taksówkarz wsiąść do swojej skody, gdy Magda była już z powrotem. Znalazła się na pobliskim skwerze, zdziwiona, o co ten zgiełk? Przecież mówiła, że idzie na placyk (Nieprawda!). Wszystko rozegrało się tak szybko, że nie zdążyłem się zdenerwować. Ale jedno wiem. Wobec takich wydarzeń moje żale i napinki związane z wydawaniem powieści blakną. Moja córka udzieliła nam wszystkim poważnej lekcji. Dziękuję.

Popiół

Wieczorem na recitalu Kasi Trzcińskiej, która wcieliła się w Nico z Velvet Underground. Stałem, słuchałem jej piosenek i płakałem. Odreagowywałem nerwy ostatnich dni. Ale też wspominałem czas, gdy Kasia pracowała nad tym recitalem. Pisałem wtedy swoją ostatnią (he, he, teraz już przedostatnią) powieść Córki Lota. Mieliśmy do dyspozycji willę pod Warszawą, było lato, nocą gwiazdy na wyciągnięcie ręki. Od tamtej pory wiele się wydarzyło i wiele nie udało,  więc to był też płacz nad uciekającym czasem. Kasia ruszała się fajnie na scenie, włosy jej już odrosły po chemioterapii. Więc to płacz nad tym, że wszyscy umieramy, a czasem pięknie udaje się stamtąd na chwilę powrócić...
Potem fajna rozmowa z pisarką. "Roman wyglądasz wspaniale!". Pisarka zbiera się po zderzeniu z psychopatycznym redaktorkiem pewnego renomowanego wydawnictwa. Przez dwa lata pracowali nad książką, wiedli długie rozmowy, szukali najlepszego tonu opowieści. Uznała go za kumpla. Ale gdy przyszło do redakcji tekstu, zniknął. Po prostu przez cztery miesiące unikał jej. Gdy na skraju nerwowego załamania zażądała od jego przełożonej zwrotu powieści, usłyszała, że jej "przyjaciel" od początku uważał jej książkę za gniot. "Teraz piszę chałtury, żeby zarobić", mówi pisarka. "Ale swoje prawdziwe projekty odłożyłam. Nie mogę. W środku mam wypaloną dziurę. Popiół".
Pisarze, jedyna nadzieja w Kindle!...

PS

Mimo, że Justyna odwołała zaginięcie, policja przyjechała. Panowie policjanci chcieli na własne oczy upewnić się, że dziecko jest. Byli profesjonalni i troskliwi. Brawo. To już drugie w ciągu roku spotkanie naszej rodziny z policją. I znów pełna satysfakcja. Naprawdę, coś się w tym kraju zmienia...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz