niedziela, 28 lipca 2013

czarni Polacy

Uwielbiam to, co z historią robi Bartosz Konopka! Właśnie obejrzałem jego "Sztukę znikania". Fikcyjny dokument o wizycie w PRL-u kapłana wudu!
Gdzieś tam, w dżungli Haiti jest wioska, którą zamieszkują "czarni Polacy". Potomkowie legionistów, którzy na rozkaz Napoleona tłumili powstanie niewolników. Część polskich żołnierzy zdezerterowała i przeszła na stronę wroga. A po klęsce Francuzów osiedliła się na Haiti i spłodziła "czarnych Polaków". Jeden z nich, Amon Fremon, zostaje kapłanem wudu. W 1980 roku przylatuje do niego helikopterem Jerzy Grotowski, kapłan teatru i zabiera do Polski. Tu zaczyna się akcja filmu.
Amon błąka się po Polsce i obserwuje realny socjalizm okiem szamana. Pałac Kultury przypomina mu haitańskie nagrobki, "tylko u nas nie ma tyle okien". Wielką imprezę na stadionie z okazji dożynek interpretuje jako rytuał, w którym młode kobiety oddają cześć starcom. Te zdjęcia naprawdę robią wrażenie.
Na trybunach Edward Gierek, Piotr Jaroszewicz i cała partyjna falanga. A na murawie hoże dziewoje w strojach ludowych wyginają się wiernopoddańczo. Komunizm na pewno miał wiele z religijnego rytuału. Tu widać to znakomicie. Konopka jest asem w odwracaniu kota ogonem. W "Króliku po berlińsku" historię muru berlińskiego, ale też historię zniewolenia ludzi przez system, pokazał z punktu widzenia królików. Zwierzaki te tysiącami zamieszkiwały pas ziemi niczyjej pomiędzy zasiekami zachodnioberlińskimi, a ogrodzeniem wschodnioberlińskim. Z tej perspektywy świat i to co na nim wyprawiamy my, ludzie, jest i straszne i komiczne.
Zmiana perspektywy jest odkrywcza. Nasz "oswojony" świat widziany oczami "obcego" zyskuje nowe sensy. To daje niesamowite efekty. Amon z haitańskiej dżungli patrzy na ludzi stojących godzinami w kolejkach do sklepów i zastanawia się, dlaczego ci ludzie, choć gromadzą się razem, wcale ze sobą nie rozmawiają?
W końcu "czarny Polak" odkrywa po co duchy ściągnęły go do kraju przodków. Wciela się w niego haitańska bogini Erzulie - wypisz wymaluj częstochowska "Czarna Madonna" - i nakazuje mu odprawić rytuał wodu. Ma uwolnić Polaków od dręczących ich duchów. Amon wykonuje to, co chce od niego bogini i wraca do dżungli. Konopka sugeruje więc, że komunizm upadł w Polsce dzięki czarom Amona. Czyż to nie piękne? Z takiej perspektywy cały nasz polskobogoojczyźniany pasztet zyskuje należny mu wymiar - kompletnego absurdu!
I za to kocham Konopkę.
Nie wiem, czy z wzajemnością? A byłoby za co. Tę  "perspektywę królika" od lat stosuję w swojej prozie. W Na klęczkach była to perspektywa naiwno-cyniczna: "Czarno ubrani mężczyźni za swojego patrona obrali mężczyznę żyjącego bardzo dawno temu. Ten mężczyzna, uznawany przez nich za kogoś w rodzaju szefa, marnie skończył. Mimo to uznają go za właściciela całego (a więc i Polski, i mojego zadupia), chociaż mi się wydaje, że co najwyżej mógłby zostać patronem lotniarstwa. Lotniarstwo to sport polegający na szerokim rozkładaniu ramion".
A w Córce Wokulskiego robię dla czasu zaborów to, co dla PRL-u zrobił kapłan wudu. Odczarowuję polską smutę. Od nowa przepisuję historię. Po swojemu.
A na koniec cudeńko. Powyższe zdjęcie zrobiłem w parku Skaryszewskim. W betonowej kapliczce skarby Grochowa. Nie trzeba jechać na Haiti, żeby spotkać czarnych Polaków...


niedziela, 21 lipca 2013

Miszcz świata

Jak zostałem miszczem świata? To proste -  poszedłem do grochowskiej klubokawiarni Kicia Kocia i wziąłem udział w piciu oranżady na czas.


Emocje były wielkie.Gaz szedł nosem, uczestnicy parskali na estradę i jury. Techniki wprowadzania napoju do organizmu były wielorakie:

Byłem nieziemsko zaskoczony, jak dużo płynu mieści się w małej buteleczce i ile gazu atakuje mój organizm. Jednak brak treningu. Po pierwszej konkurencji - oranżada czerwona! - czas utrzymałem w środku stawki: 14,3 sekundy. Gdy rekord świata - ustanowiony w lutym w Kici Koci  - to 5,6 sekundy!
Za drugim podejściem - oranżada biała, rekord świata 6 sekund! - dałem z siebie wszystko. Co widać na mojej koszulce. Zbiłem czas do 9,3 sekundy. Co dało mi TRZECIE miejsce! Jestem miszczem świata! Trala la la la!
Szefowa jury Małgosia Pilewska mierzyła czas na swojej komórce. 

Czarek Polak z Kici Koci zapewnia, że w księdze Rekordów Guinessa nie ma jeszcze picia oranżady. Wysyła nasze wyniki, będziemy pierwsi!

A tak walił miszcz nad miszcze, zwycięzca w kategorii czerwona - 5,41 sekundy! - Paweł Nicki z Grochowa. Grochów rulez! 
Zwycięzca opuszcza podium z nagrodą. Krzynka białej, krzynka czerwonej.

Ginący gatunek

Cała ta impreza nie miałaby racji bytu, gdyby nie pan Józef Romaniuk z Grochowa, który prowadzi ostatnią w Warszawie, a może i na świecie, fabrykę oranżady według przedwojennej receptury. Założył ją jego ojciec w 1948 roku. Macie pojęcie? Przetrwali Stalina, Gomułkę, Jaruzelskiego, a nawet Balcerowicza! Teraz są, jak białe wieloryby, na wymarciu. Produkują kilka tysięcy oranżad na miesiąc, gdy z maszyn mogą schodzić cztery tysiące butelek na godzinę! Dlatego pytajcie w waszych warzywniakach o prawdziwą oranżadę. Może przetrwają dla naszych dzieci?...
"Oranżada musi być z cukrem - tłumaczy Józef Romaniuk - te wszystkie słodziki są tańsze, ale w ustach zostawiają gorycz..."

środa, 17 lipca 2013

Szalona Jagoda

Jagoda przyszła na nasz koncert  na tegorocznych Mironaliach. Przyniosła cztery Córki Wokulskiego.
- Podpisz - poprosiła.
Jaki autor oprze się takiej propozycji?

R.P.A. Mironalia 2013. Fot. Zofia Pieniążek
Więc podpisałem. Ale kim jest Jagoda, co kupuje moje książki torbami? Szalona?
No chyba tak. Bo kto zakłada portal, żeby pokazać twórców  najmniejszej nawet gminy naszego ukochanego kraju? A Jagoda taki założyła:
Ciekawiście? To zajrzyjcie:  www.egminy.eu
Kto pisze w maju w Biłgoraju? Kto maluje dziewczyny w gminie Dzięgieszyny? Kto pszczółki dokarmia tam, gdzie kończy się Warmia? No, właśnie. Poeci, muzycy, rzeźbiarze - amatorzy i zawodowcy. U niej są wszyscy. Z Warszawy i ściany wschodniej. "Nie ma małych twórców", mówi Jagoda i zasuwa po kraju, żeby nawiązać kontakty, Żeby zaprosić artystów i urzędników od kultury, żeby chcieli napisać, co się dzieje u nich w mieście, domu kultury i na wiejskim festynie. "Jestem ciekawa świata - tłumaczy. - Ludzi, ich pasji tworzenia. Drzemią w nas potęgi twórcze i te chcę pokazać". Szalona, nie inaczej. Z wykształcenia politolog, ale polityki unika. Pracowała w banku, ale dała sobie spokój. Teraz stawia na egminy. "Przejeżdżasz przez jakąś miejscowość i chciałbyś uzyskać info o tym, co jest dla ciebie ważne - tłumaczy. - Ciekawe miejsce, wydarzenie, ludzie. O tym jest portal i dla takich ciekawskich". Zajmuje się tym od dwóch lat i wciąż twierdzi, że będą z tego pieniądze. Więc jeżeli nie kasa, to co ją kręci? "Robię coś, czego nikt nie robi", przekonuje. A utrzymuje się z działalności gospodarczej. W tej chwili jej portal pisze o 400 ciekawych ludziach. Przed nią jeszcze wiele pracy, wszak samych poetów jest w Polsce podobno 800 tysięcy!

Portal dla Ciebie

Piszesz? Śpiewasz? Haftujesz? Urządzasz warsztaty dla dzieciaków? Napisz do Jagody: biuro@egminy.eu A ona na pewno zamieści o tym informacje na swoim portalu. To portal dla Ciebie. Dla pani i pana. Dla nas.
fot. Jarek Gaszyński
A to właśnie Jagoda Wierzbicka w objęciach Romana Owczarzaka organizatora imprezy golfowej w Brukseli (to taka gmina na północ od Luksemburga). Co na to mąż? "Jestem niespokojną duszą, taka ma uroda i dobrze mi z tym - broni się Jagoda. - Na szczęście mój mąż wytrzymuje ze mną". Wierzę jej. W końcu sztuka jest najważniejsza. A na koniec wyjaśnienie - po co jej cztery Córki Wokulskiego? Otóż Jagoda urządza konkursy literackie. A te Córki poszły na nagrody. No, przyznajcie sami, skąd się taka wzięła?...



sobota, 20 kwietnia 2013

Czarna wołga

Była postrachem mego dzieciństwa. Czarna wołga porywała dzieci. Wypijała krew. I robiła inne okropieństwa. Dzieciaki same siebie straszyły tym potworem. Na hasło "czarna wołga", podwórko pustoszało, wszyscy uciekaliśmy do bram, a co bardziej strachliwi, zamykali się w domach. Dorastając, myślałem, że to polityczna sprawa. Że pod symbolem "czarnej wołgi" kryją się wszystkie okropieństwa, jakie niósł ze sobą realny socjalizm. Że ludzie (dzieci?) na swój sposób stworzyli symbol przedstawiający wampirzą naturę systemu.
A tu niespodzianka. Czytam właśnie Czarną wołgę. Kryminalną historię PRL Przemysława Semczuka. I oczy przecieram ze zdumienia. Czarna wołga istniała naprawdę! Mało tego, historia, która stała się podstawą mitu, wydarzyła się na Grochowie, gdzie od paru lat mieszkam! Niesamowite. Nigdy bym nie przypuszczał, że historia dopadnie mnie w tak wyrafinowany sposób.

3 kwietnia 1965 roku (od trzech miesięcy byłem już na świecie!) dwie kobiety porwały trzyletnią Liliannę z mieszkania przy ul. Grochowskiej. Milicja nagłośniła sprawę. Express Wieczorny napisał: "Widziano je z dzieckiem około godziny 13 na rondzie przy al. Waszyngtona róg Grochowskiej wsiadające do samochodu Wołga koloru czarnego...". Kobiety złapano, okazało się, że jedna z nich porwała dziewczynkę, bo chciała mieć zdrowe dziecko. Jej córka urodziła się niewidoma...
I tak narodziła się czarna legenda. Polacy zapamiętali Czarną Wołgę, tym bardziej, że takimi wozami jeździli partyjni dygnitarze. Więc jednak sprawa miała polityczny kontekst!
Ta książka pełna jest smakowitych kąsków. A to napad stulecia z 1962 roku - 12 milionów w Wołowie na Dolnym Śląsku. A to wariat, który groził wytruciem cyjankiem całej Jeleniej Góry. Albo młodzi chłopcy, którzy dla jaj telefonowali na Okęcie, że podłożyli bomby. Świat PRL-u był równie bogaty, jak zdegenerowany świat kapitalizmu, tyle, że media mniej o tym piały. Faktu nie było, tylko Trybuna Ludu. Miał PRL swe prawdziwe potwory. Wampir z Bytomia, Pętlarz, Frankenstein - mordowali, gwałcili i rozczłonkowywali kobiety, jak najlepsi fachowcy z hollywoodzkich filmów. A specjaliści z milicji i Służby Bezpieczeństwa stosowali metody, których nie powstydziliby się profesjonaliści z Guantanamo.
Jednak czas robi swoje. Tamte historie wydają się dziś niepoważne. Jak kryminały Agaty Christie. Trochę sentymentalne, trochę trącące myszką. Ale jednak czytać się chce...

niedziela, 14 kwietnia 2013

Córka szmaciarza

No, ja przepraszam, trochę książek w życiu przeczytałem, ale Córka szmaciarza mną szarpnęła!
Znacie Alana Sillitoe? Bo ja nie. Co prawda Samotność długodystansowca kiedyś oglądałem, ale nie miałem pojęcia, że facet to napisał. A teraz przeczytałem jego książeczkę. Naprawdę nie wiem, skąd się wzięła w domu!





Zaczyna się od opowiadania Córka szmaciarza. Znakomita. Rozwaliła mnie ta Córka  zupełnie. Nawet nie to, uwiodła mnie, zaczarowała. Lekkością, młodzieńczym szaleństwem, dramatem losu. Krótka historia dzieciaków, które kochają się i rajarą wspólnymi skokami na drobną kasę. Taka ballada o Bonnie i Clyde przeniesiona do Anglii lat 50-tych zeszłego wieku. Tyle, że nikt nikogo nie zabija, awanturniczy romans w wydaniu light. Łyknąłem na jednym oddechu. Dlaczego? - zastanawiam się. Czyżbym chciał być osiemnastolatkiem, który kradnie drobniaki z ukochaną, a potem całymi dniami uprawia z nią seks? Może, czemu nie? Pozytywny program. Ale czar tej powiastki  leży też w tym, że jest wspaniałą bajką o wymiganiu się od systemu. No wiecie - od bezdusznej pracy w korporacji, gięcia karku w codziennym  kieracie, powolnym umieraniu za życia. Czyż nie o tym napisałem Córkę Wokulskiego? O dojmującej potrzebie wolności. Pięknej, młodzieńczej i straceńczej potrzebie. Która porywa do nieba i wali o bruk. Tak. Obie Córki są szalonymi dziewczynami, które są gotowe za wolność zapłacić najwyższą cenę. Cenę życia. Przeczytajcie Córkę szmaciarza - wyrwie wam serce...
A potem przeczytajcie Córkę Wokulskiego. Znajdziecie ukojenie...

niedziela, 7 kwietnia 2013

Młody Stalin

Od dawna myślę o powieści, w której pojawiłyby się dziadek Freud. Najlepiej, żeby był to dramat sensacyjny z perwersyjną erotyką w tle. Gdy ja myślę, inni działają. Widziałem wczoraj nową sztukę Tadeusza Słobodzianka, Młody Stalin.
Erotyki tam mało, za to dużo Edypa. Słobodzianek sugeruje, że Stalin stał się potworem, bo ojciec go lał. Mniejsza z tym. Myślę, że tu niewiele da się rozsądnego powiedzieć. Ludzkość produkuje potwory tak, jak wszechświat kwarki. Każda teoria jest dobra. Dla mnie ciekawsze, co innego. Zabawa z konwencją historyczną. Bierzesz postać istniejącą kiedyś realnie i wkładasz ją do swojego utworu. Wkładasz jej w usta swoje słowa i mieszasz na potęgę. Czyż nie z tego kotła wzięła się Córka Wokulskiego? Uwielbiam to. A Słobodzianek idzie na całość. Każe wędrować swojemu Stalinowi po Europie i spotykać samych tuzów XX wieku. Jest Lenin w Londynie, który nad rewolucję przekłada lody miętowe. W Wiedniu jest Hitler na chwilę przed egzaminem z rysunku. Jest w końcu Freud, który zachwyca się sesją psychoanalizy z Trockim. Misz masz. Czasem naprawdę zabawny. Ale uważajcie, sztuka trwa trzy godziny, a ponieważ jest zbiorem luźnych scenek, akcji tam na lekarstwo, przynuża. Za to fajnie grają i tańczą...

1666

Na premierę przyszła cała Warszawka. Z Jackiem Żakowskim zderzyłem się przy odbiorze zaproszeń. Edyta Olszówka prężyła się przed fotoreporterami. Katarzyna Herman przyszła z mężem. Spotkaliśmy się w przerwie. Nie będę powtarzać, co mówili, bo Słobodzianek to duży mężczyzna... Za to Tomek Brzozowski sprawił mi naprawdę wielką przyjemność. "Jak tam Córka Wokulskiego?", zadał standardowe pytanie. "Dobrze", uśmiechnąłem się. "Do ostatniego wtorku sprzedało się 1666 egzemplarzy". Tomek - wydawca i właściciel literackiej kawiarni Czuły Barbarzyńca westchnął z nieukrywanym podziwem: "To dużo". Przez chwilę poczułem się wielki, jak młody Stalin!...

wtorek, 2 kwietnia 2013

Najdroższy chłopiec świata!

To, co ja robię z literaturą, inni robią z obrazami! Na przykład bringing art. Co to jest? "Malowanie" klasyki od nowa. Bierzesz słynny obraz, na przykład "Chłopca z fajką" Pabla Picassa:
To jeden z najdroższych obrazów świata. Kilka lat temu wyceniano go na ponad sto milionów dolarów. Picasso którejś nocy w 1905 roku porzucił kompanów od pijaństwa, wrócił do pracowni i namalował autoportret. I kurczę, stworzył arcydzieło!
Gdy masz już obraz, bierzesz jakiegoś gościa i lekko go stylizujesz:
Robisz mu zdjęcia. A potem dłoń artystki Olgi Stachwiuk (to ta dziewczyna w mundurze!) , fotoshop i rezultat rzuca na kolana:

Ten na obrazie, to ja, Roman Praszyński, autor Córki Wokulskiego. Wiem, wiem,  przeginka. Olga tak bardzo chciała być Picassem, że i mnie do niego upodobniła. Moją fizjonomię wchłonął geniusz. Za to w ten sposób zostałem najdroższym chłopcem świata. To doskonale pasuje do tego, co o mojej przygodzie z Córką powiedziała Justyna, moja żona: "Obudziłeś chłopca w sobie i wypuściłeś go na wolność. Brawo!".

Deja vu - podróż w czasie

Tę zabawę w Warszawie wymyśliła Małgorzata Mazurkiewicz, która razem z Olgą przerabiają ludzi pasjami. To, co robią, możecie obejrzeć na ich stronie: Deja vu - podróż w czasie. Ja trafiłem do nich w lutym. Tajemnicza willa w Wesołej zasypana śniegiem. Najpierw dziewczyny zrobiły ze mną wywiad, bo dogadały się z kanałem telewizyjnym i chcą zrobić ze swej sztuki cykliczny program.


Opowiedziałem trochę o sobie. Na przykład o tym, że obudziłem nie tylko chłopca w sobie, ale i dziewczynę. Dlatego mogłem napisać Córkę Wokulskiego


A przy goleniu wspominałem, że kiedyś, gdy byłem w wieku Picassa z autoportretu,  napisałem i śpiewałem z gitarą cykl piosenek do obrazów. Van Gogh, Manet czy Lautrec - to były piękne czasy! Dzisiaj mam lat dwa razy tyle, ale wciąż jeszcze chce mi się śpiewać
Olga Stachwiuk też pisze piosenki, a do każdego odcinka programu o bringing art gra własne kompozycje. Zdolna bestia, wierzcie mi! Jeżeli chcecie zostać przemalowani na boginię z Narodzin Wenus Botticelliego lub Płonącą żyrafę Dallego - walcie do dziewczyn, jak w dym! 


wtorek, 26 marca 2013

Jest nadzieja!

Mam łatwość płakania na filmach. W sumie to dobrze, polepsza samopoczucie, tylko obciach trochę przed ludźmi. Ale spoko, staram się głośno nie szlochać. Za to po seansie - trąby jerychońskie. Ostatnio czyściłem kanały na Imagine, nowym filmie Andrzeja Jakimowskiego (pamiętacie jego Sztuczki i świetną muzykę Tomasza Gąsowskiego?). Powiedzieć, że to kapitalny film, to nic nie powiedzieć. Super zdjęcie (Lizbona!), porywająca gra (Edward Hogg - w filmie nie ma ani jednego polskiego aktora!) i pomysł - odjazd! To Lot nad kukułczym gniazdem w wersji lihgt. Subtelny, skupiony na szczególe i całkowicie nie polski!



Bo polskie kino to dla mnie Obława, Róża i Drogówka. Dramatyczne, ciemne i za Boga żywego - żadnej nadziei! Bo przecież świat jest okrutny, ludzie podli, a szczęśliwe zakończenie to kicz nad kicze! My Polacy kochamy cierpieć, a jak nie cierpimy - to po co żyć?...
Ale nadzieja jest. Jakimowski w europejskiej formie. Dalej kręci swoje sztuczki, czaruje i poryw widzów. I pięknie. I dobrze. Moja Córka Wokulskiego jest raczej gwałtowna. Lubię dokręcić śrubę. Tym bardziej podziw mój wzbudza subtelność. Odwaga delikatnego chwytania za gardło miękką dłonią. I zaciskania z siłą okrętowego dźwigu!....
Nie chcę pisać za dużo, ale powiem, że jest tam scena, która przypomina mi żyrafę w Warszawie Dariusza Gajewskiego. Porywająca, rodem z Felliniego scena. Nagle zimą przez plac Piłsudskiego przed Grobem Nieznanego Żołnierza popieprza żyrafa. Prawdziwa. Dla tej sceny warto było zrobić film. Szczerze mówiąc, nic więcej z niego nie pamiętam. No może jeszcze to, że po raz pierwszy na Warszawie poczułem, że stolyca jest także moim miastem (a pochodzę z Wrocławia) - więc znowu płacz...
W Imagine również jest tak wielka scena. Scena gigant. Metafora. Dla takich scen warto żyć!

Uwaga

Jeżeli rzeczywiście chcecie pójść na Imagine (w kinach od 12 kwietnia), to nie oglądajcie trailera. Będziecie mieli większą frajdę!...

poniedziałek, 18 marca 2013

Penis olbrzym

A jednak dziadek Freud nie miał racji. Kobiety nie zazdroszczą mężczyznom penisów. One... je podziwiają! Tak. Skąd to wiem? Bo przeczytałem "Pieprz z miodem"!


Posłuchajcie tego:

"Pośpiesznie rozpięła jego spodnie. Wyskoczył ogromny, nabrzmiały twardy, jakby był z kamienia. Obrzezany. Piękna purpurowa głowa odstawała nieco od reszty wspaniałego, niewiarygodnie dużego penisa. Usiadła na brzegu łóżka.
- Nie śmiej się tylko. Chcę popatrzeć".

Albo to:

"Może nie tyle on sam, ile jego... fallus budzi moje uwielbienie. Nigdy nie czułam czegoś takiego. Chciałabym  mieć go w rękach, w ustach, w sobie przez cały czas! Nigdy nie mam dość. Patrzenie na niego, pieszczenia go, całowania...".

I tak w kółko. Piękna proza. Powinna leżeć w każdym domu. Aby przypominać o tym, co ważne. Czytajcie, kochani polską prozę. Czytanie wzbogaca duszę!

A swoją drogą zastanawiam się, kim jest Autorka ukrywająca się pod pseudonimem Sonia Zohar? Czy przypomina którąś ze swych trzech bohaterek? Czy bardziej rudowłosą Malwinę o posągowym ciele, którą nabija na swego olbrzymiego penisa potężny Izraelczyk? Czy raczej Zuzę o chłopięcych biodrach, która używa mężczyzn szybko i bezwzględnie, jak prezerwatywy? Czy może samotną matkę Łucję, którą napastują facet bez prącia? Kto wie?... A może jest sześćdziesięciolatkiem na rencie o zatłuszczonych włosach, sapiącym nad klawiaturą? Nie wiadomo... Bożek seksu ma wiele oblicz.


niedziela, 10 marca 2013

Ołtarzyk

Akurat czytam Przerwaną dekadę -  rozmowę z Edwardem Gierkiem. Pamiętacie te czasy propagandy i kultu jednostki? Moja żona - ówcześnie dziewczynka, kochała Gierka, chciała mieć takiego tatę! Więc wchodzę wczoraj do matrasu przy - nomen omen - Alei Solidarności i co widzę? Ołtarzyk Romana Praszyńskiego!


Bosko! Pierwszy raz zobaczyłem Córkę na witrynie księgarni. Miłe uczucie. A w środku było jeszcze lepiej!


Wchodziłem do księgarni z duszą na ramieniu. To piąte spotkanie autorskie w tym samym mieście w ciągu trzech miesięcy. Czy ktoś będzie? Przecież znajomi mają już serdecznie dosyć! Ale byli. I to kto? Głównie osoby piszące! Tu kilka ich powieści:





Rozmowa siłą rzeczy zeszła na warsztat. Opowiadałem o swojej pisarskiej biblii: Warsztat pisarza Swaina. Bez niego nie byłoby Córki. Gdy miałem potężny kryzys (zobacz post: Chłopak z Grochowa) właśnie Swain dodał mi skrzydeł.
- I czego się u niego dowiedziałeś? - zapytała  Joanna Laprus-Mikulska.
- Pamiętam zdanie, które było, jak odkrycie Kopernika - pośpieszyłem z odpowiedzią. - Otóż pisarz nie opowiada historii. Pisarz opowiada o reakcjach bohaterów na to, co ich spotyka. Nie fakty, a emocje! A drugi wstrząs to zasada mówiąca o tym, że im ważniejsze wydarzenie w opowieści, tym więcej trzeba mu poświęcić słów. A ja zawsze myślałem, że odwrotnie! I dlatego Córka Wokulskiego jest taka gruba!
- Trzy razy grubsza od mojej - zaśmiała się Sonia Zohar.

I tak sobie gadaliśmy. Okazało się, że małe jest piękne. I nie tłumy wyznawców czynią świątynię, a siła ich wiary!... 

PS. Dziękuję pani Magdalenie Lau z matrasu. Głównej kapłance wydarzenia...


sobota, 2 marca 2013

Cycki Ilony

Spotkałem Dorotę Wellman na jakiejś tvnowskiej imprezie.
- Hej - zawołałem - Czytam książkę, którą polecasz na okładce. Wszystkie odcienie czerni Ilony Felicjańskiej!


- I co? - zapytała Dorota.
- Jestem zaskoczony. Podoba mi się...
Wellmanowa uśmiechnęła się tak, jak ona potrafi. Łobuzersko.
- Bo to dobra książka jest.  Ale kogo to obchodzi? I tak będę pytać tylko o to, czy Ilona ma cycki i czy lubi się pieprzyć...



Sądząc po powieści, lubi. Wyobraźnia, smak i wytrwałość najwyższego gatunku. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to przyznam, ale - za dużo seksu! Tak. Bo pierwsza scena ostrego seksu fajna, druga i trzecia też. Ale potem... nuda. To niestety pułapka czystych gatunkowo powieści. W samym seksie nie ma wystarczającego dramatyzmu, żeby unieść akcję. Niestety, trzeba wyjść z sypialni, żeby przytrzymać czytelnika za gardło. Dlatego Grey'e mnie nudzą. Pamiętam, że tylko przy Pamiętnikach Fanny Hill nie narzekałem. Ale wtedy byłem napalonym nastolatkiem...
Na szczęście u Ilony pojawia się intryga rodem z najczarniejszych thillerów. Potworna korporacja, zbrodnicze eksperymenty, szpiedzy i mordercy. I już nie o seks chodzi, tylko o to, żeby przeżyć. Więc doczytałem z wypiekami. A w dodatku nuta pedagogiczna pobrzękuje w tekście. Recepta na odnowę dla rozczarowanych sobą małżonków. Popieram.
I język. Ten mnie wkurza najbardziej. Bo ja latami pracuję, żeby język poskromić, żeby fraza była, jak zwinięta pięść. Żeby niosła rytmem i zaskoczeniem. A tu pani schodzi z wybiegów i wali słowem między oczy.
Naprawdę, jeżeli to ona sama napisała, to czapki z głów!...

(foto. Jil La Monaca)


niedziela, 24 lutego 2013

Ja też tak chcę!


Amerykański pisarz, Erskine Caldwell, na pytanie: "Co Pan ostatnio ciekawego przeczytał", odpowiadał: "Ludzie dzielą się na tych, co czytają i na tych, co piszą. Ja należę do tych drugich!". Idąc jego śladem czytam niewiele. Zwłaszcza od czasu, gdy przestałem zawodowo pisać o książkach! Rzadko więc zdarza mi się sytuacja, w której przebiegając oczami strony, krzyczę: "Ja też tak chcę pisać!".

Azazel

Ale właśnie odkryłem rzecz, jak ulał, dla siebie. Facet nazywa się Boris Akunin i jest cholernie sławnym Gruzinem o prawdziwym nazwisku Grigorij Czchartiszwili. Wcześniej nie wiedziałem, że on jest taki sławny - właśnie Milla Jovovich zagrała w ekranizacji jego powieści Azazel! - ale teraz już wiem.


Gruzin pisze kryminały, które dzieją się w drugiej połowie XIX wieku w carskiej Rosji. Jest zabawny, świetnie operuje językiem i ma niesamowite pomysły. Dużo może nauczyć się od niego taki pismak, jak ja, który postanowił wejść na grząski teren powieści sensacyjnej. Więc czytam, frajdę mam wielką i jeszcze przyjemne z pożytecznym!

Na razie przeczytałem trzy książki, przede mną jeszcze kilkanaście. Mam zamiar łyknąć wszystkie. Ale - uwaga! - nie zamierzam kupować. Nie zamierzam też odwiedzać chomika. Biblioteki! Kochani, jaki to wspaniały wynalazek!...


środa, 20 lutego 2013

Psychoza

Dopadły mnie te skurwysyny z chomika!
(Przepraszam wszystkie kurwy - one przynajmniej zarabiają pieniądze uczciwie własną pracą!)


Wczoraj widziałem Hitchcocka w wykonaniu Hopkinsa. Znakomite kino, aż trudno uwierzyć, że nakręcił go scenarzysta, Sacha Gervasi. Zabawne, pełne smaczków, meta narracji. Do tego świetnie zagrane. Ale ja nie o tym... Otóż, gdy Hitchcock powziął zamiar nakręcenia Psychozy, kazał wykupić cały nakład książki Roberta Blocha. Aby nikt nie poznał zakończenia, zanim on nie zrobi swojego filmu! I ja właśnie o tym: czy ktoś mógłby wykupić resztę nakładu mojej powieści? Zanim te skur... z chomika nie zepsują do cna rezultatu mojej trzyletniej pracy? Co? Czy są jacyś chętni?...
Ekranizacja też by się przydała...

Niedawno robiłem wywiad z Justyną Steczkowską. Powiedziała, że od lat nie zarabia na swoich płytach. Wszystko przejadają piraci. Pomyślałem, że takiego małego żuczka, jak ja łatwiej upilnować, więc napisałem do wydawcy z pytaniem, czy zna jakiś sposób na tych skur...?
O, naiwny! "Gdybym znał, wszystkie media by o mnie pisały. A duże oficyny stałyby do mnie w kolejce" - odpowiedział wydawca. Jedno konto można zablokować, ale zaraz wyrasta sto innych.
Czyli Psychoza. Albo nawet Ptaki...

A chomik siedzi i zawije te swoje sreberka...

piątek, 15 lutego 2013

Niedźwiedź


Dobiegły mnie słuchy, że Januszowi Wiśniewskiemu spodobał się motyw niedźwiedzia w mojej powieści. Faktycznie, niedźwiedź u mnie jest jak strzelba w dobrym dramacie Czechowa. Zawieszony na ścianie w pierwszym akcie - wypala w ostatnim. Dziś przedstawiam Wam sam początek Córki Wokulskiego - czyli dramat z niedźwiedziem...


                                             *


Anioły istnieją. Natalia Pol przekonała się o tym w petersburskim cyrku wiosną 1884 roku. Tego wieczora widownia przy placu Admiralicji była pełna. Na drewnianych ławkach wierciły się piersiaste panny służące, pohukiwali brodaci rzemieślnicy, dostojne matrony karciły dzieci. Ojcowie rodzin w wytartych surdutach pogryzali gorące kiełbaski roznoszone przez dziewczyny z grubymi warkoczami. Ale gdy Natalia zaczęła swój popisowy numer, hałas ustał, widzowie wokół areny wstrzymali oddech. Wspięła się szybko po maszcie podtrzymującym dach i postawiła stopę na rozciągniętej między słupami linie. Bez zabezpieczeń, wysoko nad ziemią była tylko ona. Wysoka, szczupła dziewczyna o twarzy Marii Magdaleny. Zwiewna, jak tiul, mocna, jak tygrysi pazur. Wolna jak oddech myszołowa. Spojrzała w dół. Głowa przy głowie, jak ziarna słonecznika. Oczy wpatrzone z chciwą uwagą. Zasłonięte dłońmi kobiece usta. Łuk napiętej ciszy. W dusznym powietrzu czuła ciężką woń gazowych lamp, zapach tanich perfum, fetor zwierzęcej szczyny.
            – Archaniele Michale – poruszyła wargami. – Daj mi miłość głęboką, jak ta przepaść…
Werbel strzelił niepokojącym crescendo. Acetylenowy reflektor opatrzony wielką soczewką wykroił z mroku jej białą, bufiastą sukienkę i odsłonięte, nagie ramiona. Podświetlone włosy nabrały odcienia burgunda. Rozłożyła ręce, jak czarnoksiężnik Chrystus. Bosą stopą wyczuła chropowatą więźbę sznura. Miłośnie przylgnęła do niego podeszwą. Powoli przeniosła tam ciężar ciała. Dołączyła drugą nogę i zawisła nad plackiem areny.
Dziewięcioletni Pietrek, którego matka zabrała do cyrku z okazji urodzin, wyciągnął rękę w marynarskim ubraniu i rozdarł się na całą widownię:
– Mama patrzy! Ona lata!...
Krótki śmiech skwitował jego zachwyty. Natalia nie patrzyła już w dół. Skupiła się na linie. Pod nią nie było żadnych zabezpieczeń. Właśnie za to płacili widzowie. Do każdego biletu dołączony był niewidzialny aneks – szansa na widok jej krwawej śmierci. Ciała roztrzaskanego na trocinach. Ale szła równo, krok za krokiem. Zdobywała kolejne metry i serce publiki. Werbel szalał. Ludzie też. Klaskali, śmiali się, wstawali z miejsc.
– Ciszej, riebiata!... – co strachliwsi uspokajali sąsiadów. – Jeszcze zleci, dajcie spokój…
Czuła radość w piersiach, uśmiech rozświetlał jej twarz. Była spokojna i pewna swego. Jakby nigdy nie była pomiotem ras, pół–Żydówką, pół–Polką wychowana na Rosjankę; jakby obca jej były codzienna, sąsiedzka pogarda, plemienna wrogość; jakby po łące sunęła, na spotkanie z ukochanym, a nie po krawędzi brzytwy. Widownia czuła jej oddanie i tym dzielniej biła w prawice.
            – Krasota!... – na trybunach rodzili się jednonocni wielbiciele.
            Pozwoliła sobie na szybkie spojrzenie spod powiek. Może dojrzy tego jedynego, który całe życie szedł w jej stronę? Ich oczy spotkają się – i nic nigdy już nie będzie takie samo?...
            Próżny trud. Masa pod stopami zlewała się w jedną plamę. Nie dojrzysz tam absztyfikanta, o nie. Nawet gdyby patrzyła uważnie, nawet, gdyby patrzyła sto lat, nie dostrzegłaby wiotkiej dłoni anioła, która chwyciła dziewięcioletniego Pietrka za kołnierz i korzystając z nieuwagi zaaferowanej matki, pociągnęła w kulisy.
            „Nudy z tym łażeniem po linie – myślał chłopiec przemykając wąskim korytarzem. – Lepiej poszukam lwa w klatce...”
            Natalia szła jak w transie. Stawiała stopy pewnie, jak na spacerze do Ermitrażu. W tym stanie ducha dotarła na środek przepaści. Wokół niej wielkie nic. Gorejąca pustka. Jeżeli anioły istnieją, mieszkają tu właśnie. Do werbla dołączył klarnet. I skrzypki. Z gąszczu nut wyłonił się sypki, jak piasek Lot trzmiela Nikołaja Rimskiego–Korsakowa. Powietrze było gęste od napięcia.
Skoczyła salto. Jej ciało mignęło w powietrzu, jak pstrąg w górskim potoku. Przez arenę przeszedł jęk. Z gardeł ludzi wyduszony strach.
            I wtedy… – zawsze jest jakieś wtedy, które prowokuje anioły – pomyślała o matce. O liście, który dostała rano. Była dzieckiem, gdy jej matka umarła. Wychowała ją babcia. A teraz – dwadzieścia lat później – kobieta, która wydała ją na świat, ożyła. I wzywa do Warszawy. W sercu Natalii gniew miesza się z tęsknotą. Doświadcza barw uczuć, o które siebie nie podejrzewała.
            Na szczęście anioły czuwają. Więc, gdy jej noga leci z liny, wciąż ma szansę.
            – Chryste! – woła przestraszony głos z dołu. To matka Pietrka, który posądził Natalię o umiejętność latania. Kobieta boi się o cyrkówkę. Lecz omiata też wzrokiem sąsiednie rzędy. Szuka syna.
            „Gdzie ten czort polazł? Zawsze z nim kłopoty!...”
            A biała, podniebna baletnica walczy z siłą ciążenia. Ugina nogę, która jeszcze czepia się sznura i wyciągając drugą, próbuje odzyskać równowagę. Przez chwilę jej się to udaje i z piersi tłumu na dole wyrywa się jedno westchnienie ulgi. Ale wygięcie ciała jest za mocne, powoli przenosi ją poza punkt, zza którego już nie ma powrotu. Widownia zrywa się z miejsc. Ludzie wołają, machają ramionami, płaczą. Są przerażeni. Są szczęśliwi. Nareszcie czują, że żyją. Natalia nie poddaję się, odrzuca korpus w przeciwną stronę, próbuje pozostać na linie, ramiona wygięte w tył, jak u pływaka. Walczy o równowagę. Teraz to jedyny plan jej istnienia. Jedyny cel. Jasny jak gwiazda zaranna.
            – Gospadi pomiłuj!... – pod dach cyrku uderza modlitewny skowyt.
            Jednak wymach był za mocny. Dziewczyna na sznurze wpada w rosnącą huśtawkę. Lina pod jej nogami skacze na boki, jak żywa. A ona daremnie próbuje pozostać w równowadze.
Natalia odrywa się od białej kreski rozpiętej pod powałą i powoli, jak to zdarza się w snach, nierealnie pomału leci w bok, machając wszystkimi kończynami. A nogi ma piękne, długie, ramiona toczone, jak z alabastru, łuk szyi perłowy; a wszystko nagie, odsłonięte ku zachwytowi i zgrozie plebsu. Jeszcze przez chwilę ludziom na dole żołądki skaczą do gardła, bo zdaje im się, że dziewczyna zdoła schwytać się dłońmi liny. Ocaleje. Lecz nie. Siła upadku jest za duża. Natalia mija życionośny sznur o włos. Z otwartymi ustami, z których przenikliwym krzykiem wydostaje się cała rozpacz jej samotnego życia, opada w dół. Później świadkowi tragedii daliby sobie ręce uciąć, że ta chwila trwała wieczność.
Wieczność to dobry czas dla aniołów. One swój plan miały przygotowany od dawna. Być może od chwili, kiedy Duch unoszący się nad wodami powiedział: Jestem…
Wiec zanim jeszcze Natalia postawiła stopę na linie, clown Albert, który pełnił w petersburskim cyrku również rolę ciecia, zapomniał zamknąć klatkę z niedźwiedziem. Stary Misza, brunatny misiek z oberwanym uchem, który tego wieczora swoje już odegrał, spał zwinięty w rogu, obok miski z wodą. Dziewięcioletni Pietrek, podprowadzony tam delikatnie przez wiotką dłoń, aż podskoczył z radości. Wyjął kapiszona, co go miał schowanego w kieszeni marynarskiego ubranka i odpalił nad uchem miśka. Obudzony wystrzałem zwierz wyprysnął z klatki z siłą pocisku. Przerażony Pietrek posikał się w nowe spodnie, ale niedźwiedź ani myślał wyżywać się na gówniarzu. Rycząc pognał przed siebie. A kierunek wypadł mu akurat na arenę. Więc gdy Natalia opadała w krzyku, na dywanie z trocin pojawił się pędzący niedźwiedź. I te dwa ruchome pociski sunąc prostopadle, spotkały się w jednym punkcie. A były nim plecy miśka.




niedziela, 10 lutego 2013

Wisława i pączki

Dziś w radiu usłyszałem Tomasza Stańko mówiącego, że Wisława Szymborska była artystką pop. I był to w jego ustach komplement. On bardzo szanuję pop i Wisławę. Właśnie nagrał podwójny album jej w hołdzie. Płyta zatytułowana po prostu Wisława.

Pop

I to jest to. Ja też bardzo szanuję pop. Dlatego napisałem POPularną powieść. Niech mi Prus wybaczy!
Ale nie bądźmy naiwni. Powieść w odcinkach - a tak po raz pierwszy ukazała się Lalka - była dziewiętnastowiecznym odpowiednikiem dzisiejszej telenoweli. To dla niej właśnie publika kupowała Kurier Codzienny w 1888 roku. Więc  gdyby Pan Bolesław żył dzisiaj, pisałby odcinki "M jak miłość" lub "Przepisu na życie". Tak. Dziwne? Może nie tak bardzo. To szkoła zamieszała nam w głowach, dzieląc sztukę na szlachetną i komercyjną. Wysoką i niską. My rozpływamy się nad arcydziełem Mistrza, a sam Aleksander Głowacki nie za bardzo cenił swoje pisanie. Dlatego przybrał pseudonim. Marzeniem jego życia było zostać inżynierem. A gdy Ruscy wygonili go ze Szkoły Głównej, raczej myślał o karierze w banku lub na kolei. Pisarstwo wyszło mu przez przypadek. Jakby los chciał zakpić z niego, przenosząc go do wieczności za sprawą tak błahą, jak literatura...

Pączki

Ale pisać popularnie to jeszcze mało. Trzeba dotrzeć do popubliczności. A gdzie ją spotkać? Oczywiście najlepiej w jej mateczniku - galerii handlowej. Świątyni konsumpcji. Dlatego z radością wystąpiłem w Galerii Górnej w Otwocku. 


To nie metro. To jeden z naszych kościołów - centrum handlowe. Jeszcze nigdy nie występowałem w takim miejscu. Nareszcie jestem jak reszta naszego szołbiznesu!



O sztuce można mówić wszędzie. Więc opowiedziałem zebranym pokrótce, jak swoją książką wpisałem się w światową modę "przedłużania" bestsellerów. Za przykład podałem dalszy ciąg "Przeminęło z wiatrem":



Chcąc nie chcąc wpisałem się też w drugą modę, która obecnie przewala się przez świat. To moda na powieści erotyczne. Mocno erotyczne. Najsłynniejszy oczywiście Gray, ale Polki już nadrabiają:


Ciekawe, kto ukrywa się pod tym pseudonimem?...


Potem chwila z piosenką. Wypróbowałem swój nowy kawałek antykleryklany. Bałem się, że pogonią. Ale nie - być może w kościele konsumpcji diabeł zamiata ogonem...




A na koniec deser. Piosenki i pączki były za friko. Tylko Córka za pieniądze...


Zdjęcia: Jadwiga Wierzbicka www.egminy.eu







sobota, 9 lutego 2013

Prawdziwa krew...


Do pewnego stopnia Córka Wokulskiego jest reportażem historycznym. Oczywiście, Kapuściński to ja nie jestem, ale jedno mogę powiedzieć: w mojej powieści nie ma wymyślonych postaci! Albo, mówiąc dokładniej, nie ma wymyślonych przeze mnie...
Wokulskiego przecież nie ja powołałem do życia, ani Izabeli czy Szumana. Zajął się tym Pan Bolesław. W jakiś sposób ich istnienie jest bardziej intensywne od egzystencji żywych ludzi. O współczesnych im dawno zapomnieliśmy, a oni żyją. Przynajmniej na kartach Lalki. To potęga sztuki! Ale w mojej powieści są też postaci, których nie ma u Prusa. I tu właśnie wkracza historia. Pomijając drobiazg - dozorców, subiektów, czy jednego rabina - w Córce bohaterami są osoby, które żyły naprawdę w 1884 roku w Warszawie!

Natalia Pol

Zacznijmy od głównej bohaterki. Gdy zastanawiałem się, jak nazwać dziewczynę, która pociągnie akcję, przeczytałem o Piotrze Bardowskim, sędzim pokoju I Okręgu Warszawskiego. Ochrana dopadła go właśnie w 1884 roku. Trafił biedak do X Pawilonu. Jak okazało się, związany był z Komitetem Robotniczym Rewolucyjnym "Proletariat". Zarzut - zamach na cara! Do Cytadeli przewieziono również kobietę, z którą żył bez ślubu - Natalię Pol. Nie trafiłem na żadne informację o niej. Wiem tylko, że dziewczyna o takim nazwisku żyła w Warszawie i była rewolucjonistką. Tyle mi wystarczyło. Dałem jej drugie życie...

Nikołaj Buturlin

Główny wróg Natalii. Postać równie autentyczna. Oberpolicmajster Warszawy od 1878 roku. Zatem, gdy Wokulski błąkał się po Krakowskim Przedmieściu marząc o ciele i duszy Izabeli, Buturlin rządził policją i tajniakami. I naprawdę był nieślubnym synem Aleksandra II. Typ birbanta, hulaki, kurwiarza. Gdy w 1884 roku opuścił Warszawę, w domu schadzek "mamuśki" Tomasowej przy Długiej, zostawił 20 tysięcy rubli długu (gdy roczna pensja robotnika wynosiła 200 rubli)! Skończył w Petersburgu bez pensji w małym pokoju hotelowym. Dlaczego wypadł z łask? To sprawka Josifa Hurki, warszawskiego generał-gubernatora. Podobno panowie mieli konflikt o kobietę. Na pewno nie o Hurkową, która słynęła z brzydoty.
Wspaniały materiał na "złego" Rosjanina. Który nie wiedzieć czemu, budzi też fascynację Czytelniczek...

Nana

W Córce też wiele scen, który wydarzyły się naprawdę. Na przykład randka Natalii w galerii, gdzie wystawiono Nanę - bulwersujący obraz przedstawiający rozebraną bohaterkę Zoli. Jak to zwykle w Polsce,  było dużo krzyku o odrobinę nagości.


Taki obraz powstał rzeczywiście, namalował go Marceli Suchorowski i faktycznie wystawiono go w pawilonie Salonu Sztuki Józefa Ungra przy Niecałej. Była tam też absolutna nowość - lampa elektryczna. Tyle, że działo się to w 1881 roku czyli trochę wcześniej niż akcja mojej powieści. Ale nie bądźmy drobiazgowi!

Rzeczywiście Buturlin każe przebadać ginekologicznie wszystkie robotnice warszawskie - jak prostytutki, które co tydzień musiały mieć podbite książeczki zdrowia - czym o mały włos nie wywołuje w mieście rewolucji. Odezwę "Proletariatu", wzywającą do walki w obronie czci matek, żon, sióstr i córek,  którą Natalia czyta na warszawskim murze, przepisałem z historycznych materiałów.

Balon, który odgrywa tak ważną rolę w powieści, rzeczywiście w 1884 roku leciał nad Warszawą. I podobnie, jak mój, wpadł do Wisły...

Syjonistyczna osada na Grochowie, gdzie Żydzi szkolili się na rolników przed emigracją do Palestyny, rzeczywiście istniała. Może trochę później, ale przecież nie będziemy się spierać o parę lat...

I tak dalej. Zbudowałem świat Córki z wielu drobnych, rzeczywistych elementów, bo tak lubię. Tak mi łatwiej, świat opisywany nabiera wtedy ciała. I krwi.
Prawdziwej krwi...


czwartek, 31 stycznia 2013

Pani Prus

Bez PAPERmintu nie byłoby Córki Wokulskiego. A dokładniej bez jego naczelnej, Joanny Laprus-Mikulskiej. Było jak w bajce. Piętnaście wydawnictw odrzuciło moją powieść. A Joasia wzięła, przeczytała i poleciła wydawcy, który wydaje również jej pismo. I książka jest. Myślę, że nie bez znaczenia był fakt, że w nazwisku Joanny zawiera się słowo: PRUS. Właściwie, przy odrobinie dobrej woli jej nazwisko można przetłumaczyć jako: Pani Prus!

W styczniowym numerze PAPERmintu - leży jeszcze w empikach i matrasach - Pani Prus zamieściła fragment Córki.



A w najbliższym, lutowym numerze PAPERmintu wywiad z Autorem - czyli ze mną!

Kupujmy PAPERmint - bez Nas nie będzie pisma i kolejnych powieści!...