czwartek, 31 stycznia 2013

Pani Prus

Bez PAPERmintu nie byłoby Córki Wokulskiego. A dokładniej bez jego naczelnej, Joanny Laprus-Mikulskiej. Było jak w bajce. Piętnaście wydawnictw odrzuciło moją powieść. A Joasia wzięła, przeczytała i poleciła wydawcy, który wydaje również jej pismo. I książka jest. Myślę, że nie bez znaczenia był fakt, że w nazwisku Joanny zawiera się słowo: PRUS. Właściwie, przy odrobinie dobrej woli jej nazwisko można przetłumaczyć jako: Pani Prus!

W styczniowym numerze PAPERmintu - leży jeszcze w empikach i matrasach - Pani Prus zamieściła fragment Córki.



A w najbliższym, lutowym numerze PAPERmintu wywiad z Autorem - czyli ze mną!

Kupujmy PAPERmint - bez Nas nie będzie pisma i kolejnych powieści!...




wtorek, 29 stycznia 2013

24/dobę

Na Warmii mróz zelżał. W końcu mogłem wyjść do sklepu. To tylko pół godziny przez pola. Drogę przebiegło mi stado saren. Duże sztuki. Przez szkółkę leśną biegły podskakując wysoko. Jak baletnice. Zostawiły w śniegu taki ślad:



W domu na wsi czas upływa między stołem w kuchni (patelnia i laptop) i kanapą w salonie (polskie seriale). Mam chwilę, żeby uzupełnić kilka wydarzeń związanych z książką.

Po pierwsze - w ciągu 50 dni sprzedało się 1200 sztuk!

A to znaczy, że każdego dnia kupują Córkę 24 osoby! Co godzinę jedna! Gore mi!...;)

Po drugie, dostałem zdjęcia z ostatniego wieczorku autorskiego. Rzecz odbyła się 17 stycznia w bibliotece publicznej na Pradze Południe przy Meissnera 5:


Miałem tremę, gdyż, jak widać na zdjęciu, średnia wieku była "prusowska". Lecz szybko przekonałem się, że z publiką w wieku moich rodziców też potrafię nawiązać kontakt. Słuchali z zainteresowaniem, śmiali się, zadawali pytania. Byli obecni.



W rozmowie z potencjalnymi czytelnikami pomagali mi Aleksandra Szyszko i Bogdan Falicki. Panie i panowie pamiętający  wyzwalanie Warszawy - 17 stycznia! - kupili pięć Córek! Ciekawe czy sceny ostrego seksu im podejdą?...



 I oczywiście z gospodynią miejsca. Dyrektorką bibliotek na Pradze Południe - panią Mirosławą Majewską.

Wiecie co? Fajnie być pisarzem!

sobota, 26 stycznia 2013

Wściekle antyrosyjska

Jesteśmy odcięci od świata. Wybrałem się z rodziną na Warmię. I utknęliśmy w śniegach. Moja fabia ledwo tu dojechała, pod górę musieliśmy pchać. Nowe zimówki psu w budę. Czekamy na roztopy, albo na gospodarza, który wróci w lutym. Przywiezie łańcuchy...


Chata jest fajna, więc nie narzekamy. Dzieci oglądają filmy, ja chodzę po okolicy. Kraina bieli. Dziś widziałem cztery dziki. Biegły od wioski na wzgórze. Znikły w lesie tuż obok myśliwskiej ambony. Chodzę i myślę o nowej powieści. Ale to jeszcze chwila. Póki co, chcę zebrać w jedno miejsce opinie o Córce. Szkoda, żeby rozpłynęły się w eterze...

Na początek Agnieszka Lis (facebook):

"Czy ktoś się boi brzydkich słów?

To niech nie czyta. Ale jeśli dla kogoś „dupa” jest słowem jak każde inne, to może spróbować.
A może i powinien nawet. Właśnie słowo jest w tej powieści najbardziej fascynujące. Każde. Słowo. Ma. Swoje. Znaczenie. I to potocznie uznawane za wulgarne, i wszlkie inne. I jeśli autor pisze „jebał” to właśnie to robił bohater. Nie „kochał”, nie „pieścił” i nie „współżył”. Dzięki temu w każdej scenie uruchamiana jest wyobraźnia czytelnika. Dzięki temu postaci wstają z kartek i przeżywają emocjonujące przygody. Zazdroszczę takiego pisania, z którego wyłania się trójwymiarowy obraz bohaterów i żywa akcja. Zazdroszczę takiej umiejętności posługiwania się słowem, która jak narkotyk zasysa czytelnika".

Prawda, że treściwe? Cieszę się, że ktoś docenia moje słowo. Też uważam je za mocną stronę swojego pisania.
Darek Nowacki w Gazecie Wyborczej ma odmienne zdanie. Nazwał to, co piszę "składnią SMS-ową". On też jest autorem określenia, że Córka Wokulskiego, jest "wściekle antyrosyjska".




Moim ulubionym wpisem jest tekst ze strony matrasu, gdzie niejaki Ryszard, który podaje się za nauczyciela języka polskiego, pisze:

"Ale ten styl bezstylowy, ten język bezjęzykowy, ten świat przedstawiony – bezepokowy, ta narracja szmirowata, te zamachy, pościgi i pociągi, te nieprawdopodobne bzdury!!!". 

Prawda, że uroczy?  I na koniec działo wytacza najcięższe:

Coś jakby mój najgorszy uczeń, co po polsku nie umie, wziął się za erotyczne romanse. Umie autor dobrać słowa? Umie pobudzić zmysły? Guzik umie. (Choć On sam użyłby tu słowa „g*wn*”).

Ale Sonia z matrasu też jest niezła:

Od pierwszych stron nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że autor chce czytelnika zszokować, że było to pisane bardzo na siłę. Z trudem dobrnęłam więc do ostatniej storny i żałuję, że jakże cennego wolnego czasu w święta nie spoźytkowałam inaczej. Stężenie wulgaryzmów jest tak wielkie, jakby książkę pisała osoba w wieku mocno średnim i dosyć niezaspokojona.

Rozkoszna. To się nazywa krytyka biograficzna. O ile się nie mylę, autorka sugeruje, że z seksem u mnie krucho. Może i tak, skoro masochistycznie się tu nadstawiam na chłostę. Więc koniec. Od tej chwili same pochwały:

Daria, (matras):
Kiedy czytam tę książkę, mam bardzo miłe poczucie , że napisał ją człowiek, który nie zastanawia się czy coś wypada lub nie wypada, w sensie społecznym, kulturowym czy literackim. Mam poczucie , że autor pozwolił swoim pomysłom zaistnieć całkowicie i to bardzo służy tej powieści. Zaczynasz ją czytać i czujesz się jakbyś wsiadł na wielką zjeżdżalnię lub rozpędzającą się karuzelę. Zawrót głowy murowany. 

Maciej, (matras):
"Córka Wokólskiego" Romana Praszyńskiego jest powieścią, która raz na zawsze odczarowuje polską niemożność wszelaką i jest ostatecznym remedium na wyżej rzeczoną. Od kiedy pamiętam czekałem na taką powieść, pełnoprawną, soczystą, bez kompleksów, pełną, wolną. Od tej książki nie można się oderwać. Jestem przekonany, że wejdzie do kanonu polskiej literatury.

Barbara, (matras):
Książka napisana barwnym językiem, pełna nietuzinkowych, pełnokrwistych postaci, trzymająca w napięciu. Przerosła moje oczekiwania: czytałam ją niemal z zapartym tchem. Zaliczam ją więc do grona tych lektur, które poznaje się kosztem snu, przytrzymując palcami opadające powieki. Na zmianę płakałam i śmiałam się, niejednokrotnie poddawałam się pełnemu napięcia oczekiwaniu.

A na deser Leszek Bugajski z Newsweeka:

 "Brawurowa i zabawna powieść zachwyca czytelników i wprawia w konfuzję poważnych badaczy literatury" 


I jeszcze klejnocik.
Ania Twardowska (facebook):

O godz.16.37, w autobusie linii 171 widziałam młodą kobietę zaczytaną w pewnej książce. Kobieta była ubrana po zęby, zaś kobieta na okładce roznegliżowana i z bombą:-)

He, he. Przyznam się... kilka dni temu w tramwaju też zaglądałem czytającej kobiecie przez ramię. Przez ułamek sekundy miałem nadzieję, że czyta Córkę. Niestety, nie dane było mi spotkać swojej czytelniczki. Na razie...


poniedziałek, 21 stycznia 2013

Django to ja!

Pisząc Córkę Wokulskiego, myślałem o Bękartach wojny Quentina Tarantino. Szalenie spodobał mi się pomysł "naprawiania" historii. On  Żydom włożył do ręki kije bejsbolowe, aby odbili swoje na nazistach. Ja postanowiłem "uleczyć" polskie zabory. W ponure mroki naszej rodzimej martyrologii wprowadziłem postacie, które grają na nosie carowi i jego sługusom. Wokulski z neurotycznego kochanka zamienia się w mściciela. Z kupca w trickstera...



Dlatego z wielką nadzieją szedłem na Django. I nie zawiodłem się! To wspaniałe, uwalniające kino. Tarantino dokonuje niemożliwego. W tragiczną przeszłość niewolniczej Ameryki wprowadza postać czarnego herosa. Kolesia ostrego, jak wiadro brzytew. I wybuchowego, jak pociąg nitrogliceryny. Tam, gdzie inni twórcy mierzący się z  tematem sieją beznadzieję i spleen, on pozostawia widza z uczuciem radości rozsadzającym pierś. Źli,  okrutni zostają ukarani, a dobrzy i piękni odjeżdżają w siną dal. Wolni...
W Córce identycznie.



Bajka? Ależ oczywiście! Mam dość wmawiania mi, że filmy typu Róża czy Obława opisują prawdziwy świat. One opisują jedynie umysły twórców. Dziękuję, wysiadam. Wolę QT! Na Django siedzieliśmy z Justyną w pierwszym rzędzie w Multipleksie. Miałem wrażenie, że płaszczę się przed gigantami, postaciami wielkimi jak budynki. Jakbym wkroczył w świat półbogów. Kątem oka patrzyłem, jak film przeżywa Justyna. Gdy zły handlarz niewolników (grany przez Quentina Tarntino) wyleciał w powietrze, uniosła kciuki do góry. "Będę polecała ten film klientom" - powiedziała. A jest psychoterapeutką!... ;)







sobota, 12 stycznia 2013

800!!!

W miesiąc od premiery sprzedało się osiemset książek. Czyli ludzie w całej Polsce w księgarniach wyjęli z kieszeni 20 tysięcy złotych. Gdy o tym myślę, włosy stają mi dęba. To się naprawdę dzieje!... A Córka dziś na 7 pozycji na liście bestselerów matrasu!...
Wydawca jest zdumiony. Gazeta Wyborcza pisze o powieści, TVN24 też mówi o książce - a on nic nie musiał za to płacić! Świat jest nieprzewidywalny...
Przedwczoraj miałem swoje święto. Wieczór autorski w WarsandSawie. To trudna forma sceniczna. Nie jest łatwo uwieść ludzi czytaniem kawałków prozy i rozmową z Autorem. Ale przecież udało się. Przynajmniej ja bawiłem się doskonale!


Dziękuję Miastom w Komie i zawieszam kilka zdjęć Radka Drochlińskiego:


"Ta powieść jest napisana z niebywałym rozmachem i posiada niesamowite tempo narracji!" - powiedział Leszek Bugajski, krytyk literacki i dziennikarz Newsweeka, który poprowadził spotkanie.



Fragmenty powieści czytał Maciej Kowalewski. Aktor, reżyser, dramatopisarz.




"To najlepszy wieczór autorski, jaki widziałem" - powiedział Edward K., znajomy specjalista od marketingu. "Zabrakło mi tylko dyskusji z publicznością".
Prawda. Moje niedopatrzenie. Czyżbym nie wierzył, że ludzie chcą rozmawiać o Córce?
 Mówiłem, że wieczór autorski to trudna forma sceniczna!....



Na wieczorze Córki Wokulskiego był też syn Autora, Mikołaj...



Córka, Magda, też była!... ;)

Leszek Bugajski od serca chwalił moją powieść. Aż się rumieniłem, słuchając. Zapadło mi w pamięć jego zdanie, że od 40 lat czyta książki zawodowo za pieniądze. I niewiele rzeczy go jeszcze rusza. A mojej powieści to się udało. Bawił się znakomicie.
Tak, warto było ją napisać!... 

A na koniec wziąłem gitarę, odpaliłem wzmacniacz i z moim zespołem R.P.A. daliśmy czadu!...


Dobranoc Państwu... 





wtorek, 8 stycznia 2013

Dojebany

A więc stało się!
Zostałem namaszczony przez koryfeusza Gazety Wyborczej, Darka Nowackiego!

Poprawianie Prusa - recenzja Wyborczej

Jestem autorem POPularnym. Czyli takim, który nie chce "odciągać od kasy w księgarni". To niesamowite, zawsze o tym marzyłem. Pisać powieści artystowskie wydawało mi się czymś nieprzyzwoicie łatwym. Pisać pokręcone smuty, których nikt oprócz autora i kilku krytyków nie ma siły czytać, wydawało mi się o tyle proste co niemoralne. Ale napisać powieść, która wciąga i nie jest banalna, to wyczyn. Pisać powieści naprawdę popularne, jak Sapkowski czy Coelho - to wielka sztuka. Wiem, w Polsce istnieje łatwość dyskredytowania tych Panów, a fakt, że Kaśka Grochola sprzedaje setki tysięcy nakładu jest zaliczany do żenady. Jakże łatwo krytykujemy, jak łatwo umniejszamy. My, Polacy potrzebujemy chłopca do bicia, żeby czuć się lepiej.
Ale zbaczam z tematu. Wdzięczny jestem, Panie Darku, że pasowałeś mnie na gracza literatury popularnej. Oby Twoje słowa miały moc lawiny!
No i cieszę się, że taki duży artykuł Wyborcza Panu puściła. Honorarium na pewno się przyda!...

I nie mogę sobie darować. Reakcje znajomych na fejsie:
Iza Michalewicz (ponad 50 tysięcy sprzedanej biografii Villas): "Ciesz się, ja się takiej recenzji nie doczekałam w GW :)"
Marta Fox (ponad 20 wydanych powieści): "Czyli jesteś profesjonalistą".
Justyna, moja żona (rozpięta między pisaniem komiksu dla dzieci, a powieścią futurystyczną): "Chciałabym, żeby mi ktoś tak dojebał!..."



piątek, 4 stycznia 2013

W kolano

Mój pierwszy wywiad. Hura!

Gazeta Wrocławska - rozmowa

Mówić o swojej powieści - chyba każdy to uwielbia. Ale nie cieszyłem się długo. Zaraz dostałem sms-a: "Czy nie strzelasz sobie w kolano mówiąc o tym, że czytasz podręczniki dla pisarzy i że 15 wydawnictw odrzuciło twoją powieść?"

Ups. Trzymać język za zębami czy nie? Przyznawać się do słabości czy udawać chojraka? Co lepsze? Wybieram szczerość. Ale czy słusznie? Przecież Pisarz to zawód natchniony, łaska z nieba. Jaki tam warsztat, jakie tam pobieranie nauk! A piętnaście pań i panów z wydawnictw nie może się mylić! Oni też są wybrani!

Trudno, wypaliłem z grubej rury: "A Harry Potter?" - odpisałem na "troskliwego" sms-a. Na początku wydawcy też wrzucali go do kosza. Pewnie paru do dzisiaj leczy się z depresji...

Na fejsie istnieje głupawy zwyczaj wywieszania swoich życiowych mott. Ja mam to, co usłyszałem od żony kolegi: "Wszystkim laski nie zrobisz!". I tego się trzymam.

A wczorajszy wieczór przyniósł dowód, że może jednak czemuś to służy. Byłem na premierze "bejbi blues". Na widowni zaczepiła mnie szefowa pewnego wypasionego portalu. "Gratuluję powieści!", krzyknęła nad rzędami krzeseł. "Wyjaśnij mi, jak to jest. 15 wydawców odmówiło, to kto w końcu wydał?". Wyjaśniłem, kto. Ale nie o to chodzi. Najważniejsze, że zapamiętała!
I tak powstają legendy...

wtorek, 1 stycznia 2013

Seks Izabeli

Uwaga, dziś specjalnie na życzenie Katarzyny Bondy, fragment Córki, który tak wstrząsnął Pawłem Duninem-Wąsowiczem (patrz: Ociekająca seksem).
Miłego czytania i dla wszystkich pięknego Nowego Roku!


"Buturlin, oberpolicmajster Warszawy, stróż i kat stolicy Priwisliannego Kraju wstał z łóżka, żeby napić się wódki. Wstawał z żalem, bo obok niego leżała piękna Izabela, chętna i gotowa. Ale co to za ruchanie bez gorzałki? Więc wyskoczył tylko na chwilę, aby porwać butelkę Stolicznej z komody.
– Już wracam… – krzyknął do zaskoczonej nagłą przerwą kochanki.
Łyknął z gwinta i otrząsnął się, machając siwymi bokobrodami. Klepnął się z radością po opasłym brzuchu i odstawiając butelkę wyjrzał przez okno. To, co zobaczył, sprawiło, że puścił  flaszkę, nie zwracając uwagi, że wylewa cenną zawartość.
Wot czjert?
Złapał karabin ze ściany i podbiegł do okna.
Przed ratuszem  przez plac Teatralny – pusty o tej nocnej porze – szedł, kolebiąc się  na boki… niedźwiedź. Gonił jakiegoś biednego nocnego marka. Gdy zwierz na chwilę utknął we wnętrzu dorożki, wypalił ze strzelby. A że sprzęt miał zacny: karabin samopowtarzalny, prezent od Ferdinanda von Manlichera, oddał błyskawicznie kilka strzałów. Przynajmniej jeden musiał być celny. Niedźwiedź zatrzymał się, ryknął i potoczył wokół wściekłym wzrokiem. A nie wiedząc wroga, zsunął się na ziemię i pokuśtykał w kierunku placu Zamkowego.
Może pokąsi Hurkową? – rozmarzył się Buturlin.
Uniósł karabin nad głową i wydał okrzyk zwycięstwa. Nic a nic nie przeszkadzało mu, że jest całkiem goły. W końcu był u siebie. Odwrócił się do Izabeli, która zaciekawiona aferą, wyszła z łóżka.
            – Nie uwierzy pani – powiedział z dumą. –  Postrzeliłem niedźwiedzia…
            Lekko popchnął ją w stronę ciepłego jeszcze prześcieradła.
            – Darowałem mu życie… – wyjaśnił. – Ale w przypadku pani nie będę brał jeńców..
            Przewrócił ją na łóżko. Upadła, nieskromnie zadzierając nogi. Między dwoma białymi udami krzewiła się puszcza. Goły Buturlin  skoczył za nią na poduszki. Złapał swoje czarne przyrodzenie w pięść i machając, jak buławą, pohukiwał.
            Ona krzyczała, udając przerażenie.
            – Ach, ja biedna!
            I poddała mu biodra, zachęcając do ataku.
            – Krasawica… – szepnął słodko, moszcząc się w jej mokrej dziurce.
            – O, tak… – wzdychała Polka, gdy napierał na nią całym ciałem. A swoje ważył. – O, tak…
            Podrzucała go swoim pysznym zadem, demonstrując, że wie, co dama robić powinna, aby jebakowi sprawić rozkosz.
Runął na nią, jak wojsko Paskiewicza na Warszawę. Jęczał, chrypiał, pierdział. Był pijany. Był wniebowzięty. Fala rozkoszy płynęła z łona do serca. Wyciskała łzy. Być może tylko w takich chwilach stawał się człowiekiem.
On tak, ale nie ona. Nie dla jego czarnego przyrodzenia kotłowała się w pościeli. Nie jego siwe bokobrody wywoływały drżenie jej członków. Po co innego tu przyszła.
            I dlatego, gdy on piszcząc, jak kopnięty psiak zbliżał się do orgazmu, sprężyła się jeszcze bardziej. Potężnym rzutem bioder wywindowała go wysoko, zarzucając mu jednocześnie nogi na szyję.
            – O, tak… – teraz on piał z wdzięczności. – O, tak…
Szczytował i zrobiło mu się ciemno przed oczami. Stracił świadomość. Wpadł w czarną dziurę szczęścia.
Wpadł w sidła kochanki. Jej hipnotycznej mocy.
Swą zdolność Izabela Łęcka zdobyła w pewnym klasztorze w Pirenejach. Odkryła tam nieposkromioną potęgę kobiecej bramy ekstazy. Doprowadzając mężczyzn do orgazmu w tej jednej sekundzie rozkoszy mogła zawładnąć ich umysłem. I wydobyć najbardziej skrywany sekret.
Teraz dysząc od wysiłku, szepnęła do ucha Buturlinowi.
– Gdzie są twoje skarby, gospodin? Gdzie one?…
Śmiał się.
– Nic nie mam… – odszepnął, nie otwierając oczu. Nie odzyskując świadomości. – Nic, a nic…Same długi…
– Ty bogacz… – nie ustawała . – Oddaj mi rubelki…
Zrobił chytrą minę.
– Ja nie mam. Ale car ma. O, tak. On ma wiele. Cały świat. Złota całe góry….
I nieświadom, co czyni, opowiedział jej wszystko, co chciała wiedzieć.
Wszystko, co miała wykorzystać przeciwko niemu. I Imperium…"