poniedziałek, 21 stycznia 2013

Django to ja!

Pisząc Córkę Wokulskiego, myślałem o Bękartach wojny Quentina Tarantino. Szalenie spodobał mi się pomysł "naprawiania" historii. On  Żydom włożył do ręki kije bejsbolowe, aby odbili swoje na nazistach. Ja postanowiłem "uleczyć" polskie zabory. W ponure mroki naszej rodzimej martyrologii wprowadziłem postacie, które grają na nosie carowi i jego sługusom. Wokulski z neurotycznego kochanka zamienia się w mściciela. Z kupca w trickstera...



Dlatego z wielką nadzieją szedłem na Django. I nie zawiodłem się! To wspaniałe, uwalniające kino. Tarantino dokonuje niemożliwego. W tragiczną przeszłość niewolniczej Ameryki wprowadza postać czarnego herosa. Kolesia ostrego, jak wiadro brzytew. I wybuchowego, jak pociąg nitrogliceryny. Tam, gdzie inni twórcy mierzący się z  tematem sieją beznadzieję i spleen, on pozostawia widza z uczuciem radości rozsadzającym pierś. Źli,  okrutni zostają ukarani, a dobrzy i piękni odjeżdżają w siną dal. Wolni...
W Córce identycznie.



Bajka? Ależ oczywiście! Mam dość wmawiania mi, że filmy typu Róża czy Obława opisują prawdziwy świat. One opisują jedynie umysły twórców. Dziękuję, wysiadam. Wolę QT! Na Django siedzieliśmy z Justyną w pierwszym rzędzie w Multipleksie. Miałem wrażenie, że płaszczę się przed gigantami, postaciami wielkimi jak budynki. Jakbym wkroczył w świat półbogów. Kątem oka patrzyłem, jak film przeżywa Justyna. Gdy zły handlarz niewolników (grany przez Quentina Tarntino) wyleciał w powietrze, uniosła kciuki do góry. "Będę polecała ten film klientom" - powiedziała. A jest psychoterapeutką!... ;)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz