sobota, 2 marca 2013

Cycki Ilony

Spotkałem Dorotę Wellman na jakiejś tvnowskiej imprezie.
- Hej - zawołałem - Czytam książkę, którą polecasz na okładce. Wszystkie odcienie czerni Ilony Felicjańskiej!


- I co? - zapytała Dorota.
- Jestem zaskoczony. Podoba mi się...
Wellmanowa uśmiechnęła się tak, jak ona potrafi. Łobuzersko.
- Bo to dobra książka jest.  Ale kogo to obchodzi? I tak będę pytać tylko o to, czy Ilona ma cycki i czy lubi się pieprzyć...



Sądząc po powieści, lubi. Wyobraźnia, smak i wytrwałość najwyższego gatunku. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to przyznam, ale - za dużo seksu! Tak. Bo pierwsza scena ostrego seksu fajna, druga i trzecia też. Ale potem... nuda. To niestety pułapka czystych gatunkowo powieści. W samym seksie nie ma wystarczającego dramatyzmu, żeby unieść akcję. Niestety, trzeba wyjść z sypialni, żeby przytrzymać czytelnika za gardło. Dlatego Grey'e mnie nudzą. Pamiętam, że tylko przy Pamiętnikach Fanny Hill nie narzekałem. Ale wtedy byłem napalonym nastolatkiem...
Na szczęście u Ilony pojawia się intryga rodem z najczarniejszych thillerów. Potworna korporacja, zbrodnicze eksperymenty, szpiedzy i mordercy. I już nie o seks chodzi, tylko o to, żeby przeżyć. Więc doczytałem z wypiekami. A w dodatku nuta pedagogiczna pobrzękuje w tekście. Recepta na odnowę dla rozczarowanych sobą małżonków. Popieram.
I język. Ten mnie wkurza najbardziej. Bo ja latami pracuję, żeby język poskromić, żeby fraza była, jak zwinięta pięść. Żeby niosła rytmem i zaskoczeniem. A tu pani schodzi z wybiegów i wali słowem między oczy.
Naprawdę, jeżeli to ona sama napisała, to czapki z głów!...

(foto. Jil La Monaca)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz