sobota, 20 kwietnia 2013

Czarna wołga

Była postrachem mego dzieciństwa. Czarna wołga porywała dzieci. Wypijała krew. I robiła inne okropieństwa. Dzieciaki same siebie straszyły tym potworem. Na hasło "czarna wołga", podwórko pustoszało, wszyscy uciekaliśmy do bram, a co bardziej strachliwi, zamykali się w domach. Dorastając, myślałem, że to polityczna sprawa. Że pod symbolem "czarnej wołgi" kryją się wszystkie okropieństwa, jakie niósł ze sobą realny socjalizm. Że ludzie (dzieci?) na swój sposób stworzyli symbol przedstawiający wampirzą naturę systemu.
A tu niespodzianka. Czytam właśnie Czarną wołgę. Kryminalną historię PRL Przemysława Semczuka. I oczy przecieram ze zdumienia. Czarna wołga istniała naprawdę! Mało tego, historia, która stała się podstawą mitu, wydarzyła się na Grochowie, gdzie od paru lat mieszkam! Niesamowite. Nigdy bym nie przypuszczał, że historia dopadnie mnie w tak wyrafinowany sposób.

3 kwietnia 1965 roku (od trzech miesięcy byłem już na świecie!) dwie kobiety porwały trzyletnią Liliannę z mieszkania przy ul. Grochowskiej. Milicja nagłośniła sprawę. Express Wieczorny napisał: "Widziano je z dzieckiem około godziny 13 na rondzie przy al. Waszyngtona róg Grochowskiej wsiadające do samochodu Wołga koloru czarnego...". Kobiety złapano, okazało się, że jedna z nich porwała dziewczynkę, bo chciała mieć zdrowe dziecko. Jej córka urodziła się niewidoma...
I tak narodziła się czarna legenda. Polacy zapamiętali Czarną Wołgę, tym bardziej, że takimi wozami jeździli partyjni dygnitarze. Więc jednak sprawa miała polityczny kontekst!
Ta książka pełna jest smakowitych kąsków. A to napad stulecia z 1962 roku - 12 milionów w Wołowie na Dolnym Śląsku. A to wariat, który groził wytruciem cyjankiem całej Jeleniej Góry. Albo młodzi chłopcy, którzy dla jaj telefonowali na Okęcie, że podłożyli bomby. Świat PRL-u był równie bogaty, jak zdegenerowany świat kapitalizmu, tyle, że media mniej o tym piały. Faktu nie było, tylko Trybuna Ludu. Miał PRL swe prawdziwe potwory. Wampir z Bytomia, Pętlarz, Frankenstein - mordowali, gwałcili i rozczłonkowywali kobiety, jak najlepsi fachowcy z hollywoodzkich filmów. A specjaliści z milicji i Służby Bezpieczeństwa stosowali metody, których nie powstydziliby się profesjonaliści z Guantanamo.
Jednak czas robi swoje. Tamte historie wydają się dziś niepoważne. Jak kryminały Agaty Christie. Trochę sentymentalne, trochę trącące myszką. Ale jednak czytać się chce...

niedziela, 14 kwietnia 2013

Córka szmaciarza

No, ja przepraszam, trochę książek w życiu przeczytałem, ale Córka szmaciarza mną szarpnęła!
Znacie Alana Sillitoe? Bo ja nie. Co prawda Samotność długodystansowca kiedyś oglądałem, ale nie miałem pojęcia, że facet to napisał. A teraz przeczytałem jego książeczkę. Naprawdę nie wiem, skąd się wzięła w domu!





Zaczyna się od opowiadania Córka szmaciarza. Znakomita. Rozwaliła mnie ta Córka  zupełnie. Nawet nie to, uwiodła mnie, zaczarowała. Lekkością, młodzieńczym szaleństwem, dramatem losu. Krótka historia dzieciaków, które kochają się i rajarą wspólnymi skokami na drobną kasę. Taka ballada o Bonnie i Clyde przeniesiona do Anglii lat 50-tych zeszłego wieku. Tyle, że nikt nikogo nie zabija, awanturniczy romans w wydaniu light. Łyknąłem na jednym oddechu. Dlaczego? - zastanawiam się. Czyżbym chciał być osiemnastolatkiem, który kradnie drobniaki z ukochaną, a potem całymi dniami uprawia z nią seks? Może, czemu nie? Pozytywny program. Ale czar tej powiastki  leży też w tym, że jest wspaniałą bajką o wymiganiu się od systemu. No wiecie - od bezdusznej pracy w korporacji, gięcia karku w codziennym  kieracie, powolnym umieraniu za życia. Czyż nie o tym napisałem Córkę Wokulskiego? O dojmującej potrzebie wolności. Pięknej, młodzieńczej i straceńczej potrzebie. Która porywa do nieba i wali o bruk. Tak. Obie Córki są szalonymi dziewczynami, które są gotowe za wolność zapłacić najwyższą cenę. Cenę życia. Przeczytajcie Córkę szmaciarza - wyrwie wam serce...
A potem przeczytajcie Córkę Wokulskiego. Znajdziecie ukojenie...

niedziela, 7 kwietnia 2013

Młody Stalin

Od dawna myślę o powieści, w której pojawiłyby się dziadek Freud. Najlepiej, żeby był to dramat sensacyjny z perwersyjną erotyką w tle. Gdy ja myślę, inni działają. Widziałem wczoraj nową sztukę Tadeusza Słobodzianka, Młody Stalin.
Erotyki tam mało, za to dużo Edypa. Słobodzianek sugeruje, że Stalin stał się potworem, bo ojciec go lał. Mniejsza z tym. Myślę, że tu niewiele da się rozsądnego powiedzieć. Ludzkość produkuje potwory tak, jak wszechświat kwarki. Każda teoria jest dobra. Dla mnie ciekawsze, co innego. Zabawa z konwencją historyczną. Bierzesz postać istniejącą kiedyś realnie i wkładasz ją do swojego utworu. Wkładasz jej w usta swoje słowa i mieszasz na potęgę. Czyż nie z tego kotła wzięła się Córka Wokulskiego? Uwielbiam to. A Słobodzianek idzie na całość. Każe wędrować swojemu Stalinowi po Europie i spotykać samych tuzów XX wieku. Jest Lenin w Londynie, który nad rewolucję przekłada lody miętowe. W Wiedniu jest Hitler na chwilę przed egzaminem z rysunku. Jest w końcu Freud, który zachwyca się sesją psychoanalizy z Trockim. Misz masz. Czasem naprawdę zabawny. Ale uważajcie, sztuka trwa trzy godziny, a ponieważ jest zbiorem luźnych scenek, akcji tam na lekarstwo, przynuża. Za to fajnie grają i tańczą...

1666

Na premierę przyszła cała Warszawka. Z Jackiem Żakowskim zderzyłem się przy odbiorze zaproszeń. Edyta Olszówka prężyła się przed fotoreporterami. Katarzyna Herman przyszła z mężem. Spotkaliśmy się w przerwie. Nie będę powtarzać, co mówili, bo Słobodzianek to duży mężczyzna... Za to Tomek Brzozowski sprawił mi naprawdę wielką przyjemność. "Jak tam Córka Wokulskiego?", zadał standardowe pytanie. "Dobrze", uśmiechnąłem się. "Do ostatniego wtorku sprzedało się 1666 egzemplarzy". Tomek - wydawca i właściciel literackiej kawiarni Czuły Barbarzyńca westchnął z nieukrywanym podziwem: "To dużo". Przez chwilę poczułem się wielki, jak młody Stalin!...

wtorek, 2 kwietnia 2013

Najdroższy chłopiec świata!

To, co ja robię z literaturą, inni robią z obrazami! Na przykład bringing art. Co to jest? "Malowanie" klasyki od nowa. Bierzesz słynny obraz, na przykład "Chłopca z fajką" Pabla Picassa:
To jeden z najdroższych obrazów świata. Kilka lat temu wyceniano go na ponad sto milionów dolarów. Picasso którejś nocy w 1905 roku porzucił kompanów od pijaństwa, wrócił do pracowni i namalował autoportret. I kurczę, stworzył arcydzieło!
Gdy masz już obraz, bierzesz jakiegoś gościa i lekko go stylizujesz:
Robisz mu zdjęcia. A potem dłoń artystki Olgi Stachwiuk (to ta dziewczyna w mundurze!) , fotoshop i rezultat rzuca na kolana:

Ten na obrazie, to ja, Roman Praszyński, autor Córki Wokulskiego. Wiem, wiem,  przeginka. Olga tak bardzo chciała być Picassem, że i mnie do niego upodobniła. Moją fizjonomię wchłonął geniusz. Za to w ten sposób zostałem najdroższym chłopcem świata. To doskonale pasuje do tego, co o mojej przygodzie z Córką powiedziała Justyna, moja żona: "Obudziłeś chłopca w sobie i wypuściłeś go na wolność. Brawo!".

Deja vu - podróż w czasie

Tę zabawę w Warszawie wymyśliła Małgorzata Mazurkiewicz, która razem z Olgą przerabiają ludzi pasjami. To, co robią, możecie obejrzeć na ich stronie: Deja vu - podróż w czasie. Ja trafiłem do nich w lutym. Tajemnicza willa w Wesołej zasypana śniegiem. Najpierw dziewczyny zrobiły ze mną wywiad, bo dogadały się z kanałem telewizyjnym i chcą zrobić ze swej sztuki cykliczny program.


Opowiedziałem trochę o sobie. Na przykład o tym, że obudziłem nie tylko chłopca w sobie, ale i dziewczynę. Dlatego mogłem napisać Córkę Wokulskiego


A przy goleniu wspominałem, że kiedyś, gdy byłem w wieku Picassa z autoportretu,  napisałem i śpiewałem z gitarą cykl piosenek do obrazów. Van Gogh, Manet czy Lautrec - to były piękne czasy! Dzisiaj mam lat dwa razy tyle, ale wciąż jeszcze chce mi się śpiewać
Olga Stachwiuk też pisze piosenki, a do każdego odcinka programu o bringing art gra własne kompozycje. Zdolna bestia, wierzcie mi! Jeżeli chcecie zostać przemalowani na boginię z Narodzin Wenus Botticelliego lub Płonącą żyrafę Dallego - walcie do dziewczyn, jak w dym!