poniedziałek, 29 grudnia 2014

Pożar w burdelu!

Oni są pojebani! Mutanci, hipsterzy i terapeuci! Dla nich nie ma nic świętego. Ani Matka Boska, ani Powstanie Warszawskie, ani nawet druga nitka metra! Szanowni Państwo - Pożar w burdelu!


Betty Q w  Pożarze  w burdelu,
fot. Honorata Karapuda
Pożar w burdelu! Pożar w burdelu! Jak mogłem żyć, nie znając tej wspaniałej, warszawskiej grupy. Ale poszedłem do Teatru WARSawy na ich nowy program Burdelszopka... i już zostałem! Tak, chcę, żeby mnie adoptowali. Mamo i tato żegnajcie. Mam nową rodzinę. W burdelu!



Nie opowiem tego, co się działo na scenie. Ludzkie słowa tego nie opiszą. Tam trzeba być, żeby doznać, poczuć i wypluć jelita ze śmiechu! Na scenie tajfun. Gag za gagiem, piosenka za piosenką. Energia taka, że mogliby oświetlić pół miasta. Są zabawni, są inteligentni i są wzruszający. Są też wulgarni. Bardzo wulgarni. I to jest piękne! A do tego mają niezwykły zmysł komentowanie polskiej oszalałej rzeczywistości. Song o Pendolino to przerażająca, śmieszna i wstrząsająca scena. A do tego Karpołaki (mutanty świątecznych karpi!), które zrobią w Warszawie rewolucję. I Matka Boska, która nie chce być kojarzona z Częstochową, bo jest zwykłą dziewczyną z Nazaretu! Szanowni Państwo, zamilknę, bo to na nic. Słów brak!


Za cały ten burdel odpowiadają Maciej Łubieński i Michał Walczak. Pierwszy to dziennikarz i varsavianista, drugi dramaturg, który porzucił teatr dla szaleństwa kabaretu. Piszą teksty, Walczak reżyseruje. Ale na scenie króluje Andrzej Konopka. Burdel Tata. Aktor, który wciela się w tę rolę ma siłę Orient Expresu. Jego energia napędza całe wydarzenie. Cudowny jest Oskar Hamerski, jako terapeuta. Tutaj jego wyczyny: Na trzy. Agnieszka Przepiórska, jako samotna matka - niezapomniana. Betty Q jako bezwstydna bogini uwodząca nagim ciałem. Olśniewająca. I wiele, wielu innych!



W tym jest prawdziwe życie. Opowiadają o świecie językiem, który do mnie trafia. Trafia do wielu ludzi. Hipsterów, intelektualistów starszej daty (siedziałem koło profesra Bralczyka!), słoików i warszawiaków. O bilety naprawdę trudno. Jeżeli gdzieś udało się przemówić naszym językiem o naszym świecie - to właśnie w burdelu! Dla mnie odkrycie stulecia!
A więc nie zwlekajcie, pędźcie do burdelu, jak do pożaru!



Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!

piątek, 19 grudnia 2014

Czytam Córkę Wokulskiego! Fragment II

A więc doszło i do tego! Izabela Łęcka międzynarodową oszustką. Żyje z wyciągania złota od bogaczy. Ale jak? Ma swój tajemny sposób. Tym razem w jej łapach Buturlin, oberpolicmajster Warszawy, nieślubny syn cara...



 Zobacz też:

Córka Wokulskiego to dalszy ciąg Lalki Bolesław Prusa. Pomysł sam w sobie kontrowersyjny. Realizacja pełna prowokacji. Także erotycznych. Czy Wokulski ma szansę na drugie życie? I z kim ma tę córkę?...

Na ciekawych czeka ebook:
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/corka-wokulskiego.html
Ceny aż lśnią od promocji:

czwartek, 18 grudnia 2014

Cipy i qtasy są cool!

Kupiłem Wspomnienia bitniczki, żeby zobaczyć, jak o seksie pisze kobieta. I dostałem porządną nauczkę. Ostrą, soczystą, jędrną. Diane di Prima rżnie słowami jak napalony drwal!

Diane di Prima, poetka, bitniczka, rocznik 1934
http://hastadondellegalavoz.blogspot.com

Ruch bitników - amerykańskich rewolucjonistów w łóżku i poezji - był do tej pory męską zabawką. Słynni bitnicy: Allen Ginsberg, Jack Kerouac, William Burroughs - sami faceci. Diane di Prima żyła równie straceńczo jak oni. I równie szalała w języku. Ale w Polsce nikt o niej nie słyszał. Do tej pory. Łódzka officyna odkryła ją dla nas:


Ta książka uderza do głowy jak szklanka burbona. Seks to mało. Di Prima czaruje młodością. I jeszcze czymś - co równie pożądane - wolnością. Opisuje wspaniałe stado dzieciaków, które wyrwały się amerykańskiemu systemowi lat pięćdziesiątych zeszłego wieku - i żyją jak stado małp w dżungli Nowego Jorku. Chodzą w levisach i kraciastych koszulach robotników. Nie pracują, biedują, mieszkają na kupie w wynajętych za grosze mieszkaniach. Żywią się fasolą, ryżem i tanią kawą. Żyją sztuką, przesiadują w bibliotekach  muzeach, piszą wiersze, słuchają jazzu. Palą dobrą, meksykańską trawę i pieprzą się na potęgę. Jezu, jak ja bym też tak chciał! 

Bo dla mnie lektura wspomnień  bitniczki to jak wycieczka do raju. Raju, w którym nie ma etatów, kredytów, obowiązków rodzinnych i znużenia powtarzalnością egzystencji. Nie ma też starości, za to jest nieustanna erekcja, piękne młode ciała i jeszcze więcej pięknych, młodych ciał! Diane di Prima ma osiemnaście lat, ciężkie piersi i utalentowaną waginę. Pożąda mężczyzn i potrafi się kochać. I umie o tym pisać. Pisze tak, jak żyje. Prosto, pięknie, dosadnie. Pod jej piórem (maszyną do pisania?) wszystkie cipy i kutasy nabierają słodyczy poezji. I nagle żywy, fizjologiczny opis pierdolenia w dupę na brudnym linoleum w kuchni urasta do przeżycia metafizycznego. Albo taki kawałek:

Trzymałam go w pasie, kiedy się spuszczał, czułam, jak wygina plecy, czułam przebiegający pod nim prąd, trzymając głowę między silnymi, porośniętymi złotymi włosami udami, które mocno zaciskał. Słyszałam jego krew - lub moją własną - eksplodującą w uszach i wiedziałam, że nasienie, które łykam, jest sakramentem - świętą, bezkresną esencją, napędzającą gwiazdy.

Oczywiście, ten raj ma swoje demony. Bitnicy nie wzięli się znikąd. Byli dziećmi, które dorastały na gruzach II wojny światowej. Nie wzięli w niej udziału, ale cała potworność zła osiadła na nich jak popiół po atomowym wybuchu. Ich negacja amerykańskiego świata, pogoni za pieniędzmi, purytańskiej moralności była buntem skrzywdzonych sierot. A kompulsywny seks sposobem na cichą rozpacz. Wstydzili się słabości, gra, w która z upodobaniem grali nosiła nazwę cool. Żadnych uczuć oprócz spazmów orgazmu. Byli straceńcami, buntownikami i uwielbiali zbiorowe orgie. Jedną z nich, z udziałem guru bitników - Allena  Ginsberga (którego ruchał pewien nowojorski tancerz) i Jacka Kerouaca, który jebał Dianę - opisała bitniczka. I tak rodzą się mity!

 SEKS KOBIECY?

Jak już przyznałem, kupiłem Wspomnienia w celach poznawczych. Ponieważ sam dużo piszę o seksie - zobacz moją powieść Córka Wokulskiego - a w seksie tym biorą udział kobiety, więc ciekaw jestem, jak sprawa wygląda z ich strony. Chciałbym wiedzieć, co piszę. I Diane di Prima udzieliła mi lekcji. Przekonałem się, że pod jej piórem opis seksu z pozycji kobiety nie różni się od mojego (zakładam, że mój jest męski) - też jest gwałtowną emanacją siły życiowej. Bywa gwałtownym wybuchem, który kończy się krzykiem, wyciem, płaczem. Człowiek pokazuje swoją pierwotną, zwierzęcą stronę. A "brzydkie" słowa opisujące genitalia i ruchy frykcyjne doskonale się sprawdzają. Więc czytałem Wspomnienia pełen radochy, że odkryłem sekret. Kobiety też lubią się pierdolić i robią to w tym samym języku, co my, faceci. Uff, jaka ulga. Mogę folgować swoim językowym chuciom i będę zrozumiały dla obu płci.

Moja radość trwała do posłowia. Tam poznałem kulisy powstanie tej prozy. Otóż di Prima pisała swoje erotyczne wspominki dla francuskiego wydawcy, Maurice'a Girodiasa. Tego samego, który wydał Lolitę Nabokova czy Nagi lunch Burroughsa. Pisała dla pieniędzy, żeby utrzymać przy życiu komunę, z którą mieszkała w Los Angeles. Wydawca odsyłał jej maszynopis z adnotacją: więcej seksu! Więc wołała członków komuny i w ubraniach próbowali akrobatyczne pozycje. A potem Diane dopisywała te fikołki do tekstu. Zatem dupa blada. Nigdy już nie dowiem się, czy mam do czynienia z wyznaniem emancypantki, językiem feminizmu, czy z kupczeniem bitnickim body language za  francuskie franki? Czy to autentyczny język wyzwolonej kobiety, czy tekścik skrojony na potrzeby pornograficznego wydawcy? Cóż, dalej muszę błądzić po omacku wśród nieopisanego przez kobiety gąszczu cip i kutasów...


sobota, 13 grudnia 2014

Duchy rządzą!

Wyobraź sobie, że leżysz w grobie, zasypana ziemią. Nie możesz się ruszyć. Oddychasz tylko przez plastykową rurkę. Koszmar? O nie, znacznie gorzej! A on to przeżył - naprawdę!



Niezwykła książka. Przede wszystkim ze względu na temat. Przemek Kossakowski to bezrobotny pan od malunków, który został gwiazdą telewizji. Wymyślił program Szósty zmysł i został jego prowadzącym. Razem z ekipą telewizyjną odwiedził większość szamanów, uzdrowicieli i szeptunek w tej części Europy. I dzielnie poddał się ich zabiegom.  Był egzorcyzmowany (on, jak również jego służbowy samochód!), okadzany, leczony moczem, pijawkami i nożem, którym w więzieniu zabito człowieka. Nakładano na niego ręce, kierowano do światła, modlono się nad nim. A na sam koniec został zakopany. Żywcem.

Przeżył to. A w dodatku opisał. Ciekawie, zajmująco, świetnie. I tu węszę podstęp. Ta książka jest za dobra. Jest tak dobra, że rodzi się zasadne, choć cyniczne bez miary pytanie - kto mu to napisał?!... No bo jak to? Jest bezrobotnym i sfrustrowanym panem od zajęć artystycznych, a zaraz ma swój program o duchach, kumpluje się z szamanami w Polsce i Rosji, a potem pisze o tym znakomitą książkę? Nie za dużo talentów jak na jednego bezrobotnego? Owszem, panowie z telewizji uwielbiają wydawać książki. Zresztą, to oni chyba teraz, dzięki swoim ryjom (sorry, tak nazywają celebrytów kotleciarze - czyli panowie, którzy robią im zdjęcia na ściankach - co to są ścianki nie podejmuję się tłumaczyć) utrzymują wydawnictwa. Ale ta książka - powtarzam to z naciskiem - jest napisana za dobrze. Odważę się na wyrażenie brawurowej opinii (pisząc językiem Krzysztofa Vargi, który ściąga od Pilcha, który ściąga od Gombrowicza - skąd ściągał Gombro, nie wiem), choć palce mi się ślizgają po klawiaturze, gdy ją wystukuję - że takiej frazy nie powstydziłby się sam Sławomir Mrożek. 

Tak, bo to świetna książka jest. Pan Przemek znakomicie posługuje się ironią, miesza języki, doskonale operuje napięciem. Więc co akapit to przewrotka. I nagle zwykły wyjazd na dokumentację programu ma nerw powieści sensacyjnej. A opis polskiego chłopstwa, a dokładniej jego przedstawiciela w osobie Siwego, co go pług przejechał, to absolutne mistrzostwo polskiej szkoły satyry. Po lekturze tego fragmentu po raz pierwszy pomyślałem, że Sławomir Mrożek, orbitujący gdzieś w kosmosie, zahaczył o ciało astralne pana Przemka. Nudziło się mistrzowi pośród ciemnej materii, więc ciach, wreinkarnował się na moment i słowa odpowiednie podsunął. Jedno, drugie i poszło! Pan Przemek książkę machnął, a mistrz zawinął anielskim skrzydłem i tyle go widzieli! Zatem na pytanie, kto mu to napisał, odpowiedź jest tyle prosta, co nieoczywista - duchy, panie, duchy jako żywo!

Ej, coś widzę, że nie dowierzacie mi, drogie czytelniczki. Ale dlaczego? Przecież pan Przemek dał się za życia pogrzebać przez rosyjskiego szamana i tylko rurka mu z grobu wystawała, przez którą oddychał z trudem, bo żebra przygniatał czarnoziem. Więc powiedzieć, że pan Przemek był jedną nogą w grobie, to nic nie powiedzieć, bo pan Przemek wlazł tam cały i jeszcze dał się owinąć folią i zasypać grudami. Więc pan Przemek był jakby na pół umarły, zatem duch pana Mrożka mógł go potraktować jak swego i uszczknąć mu coś ze swego talentu. Ja, żeby mieć taki talent, a zwłaszcza wszystkie związane z nim profity (depresji pisarza nie biorę!) dałbym się zakopać dwa razy!

ZAKOPANY 

Póki co, zakopałem swojego bohatera. W Córce Wokulskiego, niejaki Ludwik Stawski vel Ernest Walter (Tak, tak - zaginiony mąż niezapomnianej Heleny Stawskiej!) za sprawą okrutnego oberpolicmajstra Warszawy zostaje zakopany żywcem w trumnie. Dlaczego i co z tego wynika w sprawie zamachu na cara - wszystko stoi napisane w  ebooku!



Mnie też natchnął swym duchem Wielki Pisarz! Jechałem kiedyś ekspresem InterCity z Poznania do Warszawy - a nazywa się on nie inaczej, jak Bolesław Prus! - i usłyszałem wezwanie: Pisz, Romku, pisz... Wyprostuj ścieżki Stachowi... Czy to wiatr telepał oknem? Czy konduktor coś mruczał? A może śniłem coś nieświadomie? Któż to wie? W każdym razie dojechałem do Warszawy i wziąłem się za pisanie. I tak powstała Córka Wokulskiego - dalszy, sensacyjny i erotyczny, ciąg Lalki. Tak, tak, duchy istnieją. I rządzą...


czwartek, 11 grudnia 2014

Czytam Córkę Wokulskiego! Fragment I

Zapraszam na wyprawę w samo jądro ciemności. Upadły Wokulski spotyka brudnego anioła, Izabelę Łęcką. Od tej chwili rusza lawina wydarzeń. Zamach na cara i napad na pociąg pełen złota to nieliczne z nich...
Córka Wokulskiego to dalszy ciąg Lalki Bolesław Prusa. Pomysł sam w sobie kontrowersyjny. Realizacja pełna prowokacji. Także erotycznych. Czy Wokulski ma szansę na drugie życie? Czy znów ulegnie czarowi arystokratycznej lalki?...

Na ciekawych czeka ebook:
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/corka-wokulskiego.html
Ceny  aż lśnią od promocji:


czwartek, 4 grudnia 2014

Chcesz pisać? Pokochaj frustrację!

Jeżeli myślisz, że twoje biedzenie się nad literaturą przyniesie ci sławę, ciuchy od Chanel i miłość kobiet i/lub mężczyzn - mylisz się stukrotnie. Najprawdopodobniej pęknie Ci kręgosłup i stracisz przyjaciół!



Pisanie to pułapka na słonia, którą kopiesz pod sobą. Najpierw jest pięknie, te wszystkie marzenia, wzdychania do sztuki, wykwity wyobraźni. Umysł zajęty rojeniami o lepszych światach, wspaniałych przygodach i uczuciach gorących, jak jądro słońca. Leziesz w to, jak pijak do monopolowego i kończysz równie marnie. Gdy inni żyją, uprawiają seks, zarabiają pieniądze, albo po prostu mają wszystko gdzieś, ty piszesz.

Bo pisanie to sztuka uprawiana głównie pośladkami. Miliony znaków w laptopie to tysiące godzin wysiedzianych na krzesłach, fotelach, kanapach. Boli tyłek, rypie kręgosłup. Skolioza chorobą zawodową literatów. Jeżeli jesteś młoda, jeżeli dopiero zaczynasz, pewnie nie wierzysz w takie ględzenie. Ale posłuchaj, na co skarżą się zawodowcy. Poczytaj, co opowiada Olga Tokarczuk, która nad Księgami Jakubowymi siedziała sześć lat. Poczytaj wywiady z Sławomirem Koprem, który pisze kilka książek w rok. A każdy dzień przed laptopem zaczyna o czwartej rano. Bez kręgarza ani rusz.

Ale pal sześć bolące plecy. Zwyrodniały kręgosłup to najmniejsza tortura, jaką szykuje ci romans z literaturą. Bo pisanie to zaborczy kochanek. Chce, żebyś żył tylko dla niego. Powoli, jak rak, zajmuje ci umysł, pożera serce. Więc piszesz. Zamieniasz wypadki swego życia w słowa. Słuchasz zwierzeń ludzi i kombinujesz: "Muszę to wykorzystać!". Oni zawierzają ci swoją intymność, a ty przerabisz ich na pasztetową. Jesteś jak wielki tasiemiec uwieszony w jelicie świata - wysysasz, chłoniesz, wydalasz. "I cóż w tym złego?", zakrzykniesz pełen naiwności, niewinny, jak seks zakonnic. "Zycie to sztuka, sztuka to życie! Wszystko jest natchnieniem!". O tak - wołaj sobie wołaj - ale jeszcze nie wiesz, z jakim potworem masz do czynienia. Pochwyci cię mackami i ściągnie na samo dno. Samotności.

Bo jeżeli zostaniesz - co daj ci Boże - zawodowcem, będziesz pędzić życie mniszki, w samotności stukać w klawiaturę. Ludzi będziesz oglądać jedynie na fejsie. A i to niechętnie. Główni bohaterowie naszego życia literackiego nie cierpią portali społecznościowych. Janusz Głowacki w ogóle nie zbliża się do komputera. Dorota Masłowska kręci teledyski, więc jest na youtubie, ale nie znajdziesz tam nic o jej kotkach i porannych kawkach. Huelle, Tokarczuk i Gretkowska podobnie. Za to Michaśka Witkowska nadrabia za wszystkich i ma ze siedem profili na fejsie. Ale on akurat jest ikoną pisarskiej samotności. Wzorem porzucania ludzi. Pamiętaj, człowiek, który pisze, zapada się się w sobie. Pisarz w amoku myśli i gada tylko o pisaniu. Kto normalny to zniesie? Podobno tylko mąż Olgi Tokarczuk. Reszta jej przyjaciół umiera z nudów.

Janusza Głowackiego spotykam czasem w drodze do redakcji. Na ulicy - nomen omen - Prusa. Pisarz z obrzydzeniem wysłuchuje moich opowieści o żonie i dzieciach. Jako gigant literatury wie, że rodzina to najgorszy wróg pisarza. To kamień u szyi, który zatapia największe talenty. Jest grabarzem ambicji. Albo jesteś pisarzem, albo masz rodzinę. Dróg pośrednich nie ma. Więc samotność długodystansowca. I nie dajcie się zwieść złudzeniu, że kilka pisarek w Polsce ma mężów i dzieci. To fatamorgana. Związki się sypią, zneurotyzowane dzieci płaczą. Wygrywa ta dziwka literatura.

A jeżeli twoim losem - oj znam go znam, jak zły szeląg! - jest wieczne amatorstwo i pisanie w weekendy, nie myśl, że jesteś bezpieczna. Masz rodzinę, pracę i znajomych. Czujesz się pewnie. Nic ci nie grozi? O, naiwny! Ucz się na błędach innych. Pisałem Córkę Wokulskiego przez trzy lata. Wyprodukowałem tysiąc stron. A przy tym nie przerwałem pracy, wytrwale przerzucałem tony redakcyjnych tekstów; nie zrezygnowałem z roli męża i ojca małych dzieci, robiłem, co się dało. Co mogłem poświęcić? Wolny czas i życie towarzyskie. Więc poświęciłem. Skończyłem powieść i rozejrzałem się zdumiony po świecie. Jak to? Dlaczego nikt nie dzwoni? Dlaczego nikt nie zaprasza mnie na piwo i pogaduchy? Poczułem wokół siebie pustkę. Nic dziwnego, przez trzy lata nie było mnie w mieście.

Ale to nie wszystko. Najgorsze i tak przed tobą. Bycie pisarzem to nieustające zmaganie się z oceanem frustracji. Za opętanie pasją płacisz nie tylko samotnością i rwaniem kręgosłupa. Nieustanna frustracja to teraz twoje drugie imię. Najpierw piszesz, ale nie wychodzi tak, jak sobie pięknie wymarzyłaś. Więc zgrzyt i frustracja. Realne słowa nigdy cię nie zaspokoją. Ale to nie najgorsze. Okazuje się, że nie chcą cię wydać, więc złość i frustracja. Stoisz przed jaskinią empiku i ronisz łzy porzuconej królewny. Nikt cię nie chce. Za to, gdy w końcu cię wydadzą, przeżywasz krótki okres euforii. Nareszcie - świat leży u twych stóp! Spełniają się marzenia! Ale szybko z bólem spostrzegasz, że nie kupują, więc płacz i zgrzytanie zębów. I frustracja, jak jądra wieloryba. W tę profesję wpisane jest niespełnienie. Za pisanie w ogóle biorą się osobniki wadliwe, neurotyczne i niespełnione. A świat dodatkowo wali po nerach. Nie znam autorki, która by nie narzekała. Zawsze wydawcy złodzieje, czytelnicy kretyni, a polityka kulturalna beznadziejna. No może jedna Grochola ze swoimi czterema milionami sprzedanych książek ma powody do radochy, ale ona za to walczyła z rakiem i wciąż ma przechlapane z facetami. Nie znam autora, który nie skarżyłby się na swoją paskudną dolę. Zawsze nakłady za małe, a czytelnictwo pod psem. A nawet, jak Głowacki, ma jedno i drugie, to cierpi na depresję. I koło się zamyka. Fala frustracji zalewa gardło. Topi.

Więc zastanów się dobrze, czy chcesz się w to bawić? Naprawdę chcesz tracić czas na bezsensowną pisaninę, której nikt nie będzie czytać? Może warto zepsuć sobie życie w ciekawszy sposób? Co, już się zdecydowałeś, jednak wybierasz los samotnicy z chorym kręgosłupem? Sfrustrowanej, jak Hitler na widok Armii Czerwonej? Ok, ładuj się do tej mogiły, tylko nie płacz potem, że cię nikt nie ostrzegał!


Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!
Poprzednie odcinki:

Odcinek 1
Dlaczego czytelniczka czyta?


Odcinek 2
Dlaczego nie możesz pisać?



Odcinek 3
Wszystko, co najważniejsze!


Odcinek 5
Tajna broń pisarza. I pisarki!

Odcinek 6
Bohater poszukuje celu

sobota, 15 listopada 2014

Ebook z Wami!

Jestem pisarzem rozbitkiem. Mój okręt utonął, a ja przemierzam bezmiary oceanu na tratwie. Albo bez metafor - moje wydawnictwo padło, a ja wrzuciłem do sieci ebooka!
Nad ta cholerną powieścią wisi jakieś fatum. Całe życie chciałem napisać dalszy ciąg Lalki Prusa, a gdy w końcu mi się udało, muszę zmagać się z naszą polską niemożnością. Wydawanie papierowej wersji szło jak po grudzie. A gdy już książka się ukazała i zaczęła nawet nieźle sobie radzić - wydawnictwo padło. I co? Mam szukać kolejnego? Ale jak wydać książkę, która jeszcze jest na rynku? Znacie taki sposób? Ja znalazłem: selfpublishing!

Moi Drodzy - jestem sobie sterem, żeglarzem, okrętem! Nie straszne mi wichry i burze. Sam siebie wydaję. Wydaję siebie sobie. I Wam! Czyż to nie cudowne? Czyż to nie wspaniałe? Ta wolność! Niezależność. Dość wystawania w przedpokojach wydawców! Dość!

Wiem, że na tych wodach grasują piraci. I to jest straszne. I to jest ponure. Z każdej strony grozi atak. I nie ma jak się przed nim bronić. Prawo autorskie? Własność? Kpiny. Abordaż, gwałt i zysk! Ale papierowa książka też przed tym nie strzeże. Od dawna w sieci krążą pdf-y Córki. Więc nie mam nic do stracenie. Wypływam śmiało. Po drugie życie mojej Córki Wokulskiego. A piratów niech wybije zaraza!

Czuję się wyjątkowo. Czuję się podniośle. Jeżeli na czymś rzeczywiście zależy mi w życiu, to na pisaniu. Na składaniu liter w zdania, zdań w opowieści. Bo jakiś cel w życiu warto mieć. Ja mam taki.

A Wy - jeżeli lubicie powieści sensacyjne z garścią seksu i humoru - czeka na Was ebook. Jeżeli macie ukochany czytnik - mam dla Was ebook. Jeżeli w ogóle jeszcze chcecie czytać polską literaturę - Ebook z Wami!...

PS Jeżeli chcesz przeczytać więcej o tym dlaczego napisałem Córkę Wokulskiego, zajrzyj tutaj:
Himalaje
Wokulski reaktywacja





piątek, 14 listopada 2014

Chcesz pisać? Emocje, głupcze!


Trzymajcie się mocno, bo zaraz zdradzę wam największą tajemnicę prozy. To rzecz genialna w swej prostocie. I może dlatego kompletnie zapomniana! Zatem słuchajcie...



U licha! Już przeszło 40 lat mówię prozą, nic o tym nie wiedząc! - wrzasnął bohater sztuki Moliera Mieszczanin szlachcicem, na wieść, że to co wydostaje się z jego ust ma swoją konwencję. Otóż i ja w jego wieku przeżyłem podobne olśnienie, zająwszy się na serio teorią pisania powieści. Wcześniej zdążyłem wydać cztery książki, zanim zrozumiałem o co chodzi. A chodzi - biega! - oczywiście o emocje. Emocje to paliwo. Dla wszystkich. Dla piszących i dla czytających. Cztelnicy sięgają po książkę z ochoty na przeżycia. Chcą się cieszyć, bać, ekscytować. Pragną pławić się w ożywczym deszczu uczuć. Więcej o tym pisałem w odcinku: Chcesz pisać? Bój się Boga!... i na pewno nie raz będę do tego wracał. Ale źródło emocji wypływa wcześniej. Bije w samym sercu opowieści. I tu zbliżamy się do pierwszej zasady pisma. Zasady fundamentalnej, jak Biblia. Pamiętaj:

Nie opowiadasz historii zdarzeń

Ależ! - zakrzyknie każda pisarka i wszyscy pisarze razem - Jak to? Przecież dlatego sięgamy po pióro, długopis, laptop! Żeby z wnętrza swego wyszarpać opowieść, co nas dręczy, mami, dusi. Historią żyjemy! Historii chcemy dać świadectwo!
Ależ oczywiście. Opowiadanie to miąższ prozy. Tyle, że zastanówmy się, co opowiadamy? Zdarzenie? Kobieta wręcza mężczyźnie kwiaty? Kat ostrzy topór? Sputnik okrąża ziemię? Czyżby najważniejszy był opis materii? Przemieszczanie się skupiska atomów? Nie, nie i jeszcze raz nie!

Opowiadasz, jak bohater reaguje na zdarzenia, które go spotykają!

I to cała tajemnica.
Zaraz, chwileczkę, tylko tyle? Jaja sobie robisz? Może. Ale pomyśl o konsekwencjach. Jeżeli skupiam się na bohaterze, na jego reakcjach, napędzam największe koło zamachowe prozy. Świat działa na bohatera, podrażniony bohater oddziałuje na świat. Świat odpowiada na czyny (lub ich brak) bohatera, a on z kolei reaguje na działanie świata. I tak od pierwszej strony do ostatniej. A cały czas blisko uczuć bohatera. Albo bohaterki. Powtórzę jeszcze raz. Nie ważne, co opowiadamy, ale jak reaguje bohater. Człowiek. Piszmy o człowieku. Jego nie spuszczajmy z oczu. Bóg stworzył świat? Nieważne. Ważne, czy Ewę to cieszy czy nudzi. A jeżeli umiera z nudów - to co zrobi? Kupi sobie iPhone'a czy prześpi się z wężem? Od tego zależą losy świata! Czy czujecie powagę waszego wyboru? Gdy trzymacie się fundamentalnej zasady, tworzycie opowieść, która przykuwa czytelniczkę złotym łańcuchem pożądania. Czytelnika też.

Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli. Nie chodzi o zapisywanie stron duchowymi rozterkami postaci. Nie chodzi o mnożenie przymiotników. Chodzi o to, żeby bohaterka działała. Żeby bohater reagował. Bo wtedy akcja się posuwa. Bo wtedy tworzymy magię opowieści. Bo wtedy mamy szansę na spełnienie misji prozy. Na przemianę bohatera. I czytelników.

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!


Poprzednie odcinki:

Odcinek 1
Dlaczego czytelniczka czyta?


Odcinek 2
Dlaczego nie możesz pisać?

  Odcinek 4
        Frustracja drugie imię pisarza   
http://romanpraszynski.blogspot.com/2014/12/chcesz-pisac-pokochaj-frustracje.html

Odcinek 5
Tajna broń pisarza. I pisarki!

Odcinek 6
Bohater poszukuje celu


poniedziałek, 10 listopada 2014

Kotek kardynała Richelieu!

Czy Aleksander Dumas przewraca się w grobie? Czy zaciera łapki z uciechy? Być może szalona gra czterech wariatów z Montowni (i jednej damy) jest dziś jedynym sposobem na obcowanie z klasyką!

Rafał Rutkowski na Adamie Krawczuku
fot. Bartosz Siedlik
Teatr Powszechny
Niedawno uciekłem z teatru, w którym wystawiano Szekspira. Nie dałem rady, zbyt klasycznie tę klasykę podawano. A Teatr Montownia robi z Trzema Muszkieterami to, co lubię. Miażdży, miesza i podaje po swojemu. Czyli leci farsą. Postaci są szyte tak grubo, jak fastryga Frankensteina. Ale za to zabawa murowana!

Kultowa powieść papieża popowej literatury przerobiona na komiks. Panowie (i jedna dama) grają w tak zawrotnym tempie, a jednocześnie finezyjnie i przekonująco, że zapominamy o dokonującej się na naszych oczach kulturowej masakrze. I nagle XIX wieczna ramota, kalka kalek, rzecz zgrana, jak sumienie szulera, zyskuje nowe życie. Tekst oczywiście przerobiony na współczesne ucho. A od puszczania oka do widza tworzy się na scenie wiatr. Adam Krawczuk, Marcin Perchuć, Rafał Rutkowski, Maciej Wierzbicki i Monika Fronczek to prawdziwe szpady polskiego teatru. Bez nich kardynał Richelieu więziłby nas bezlitosną nudą. A tak zabawia, przybierając postać niezrównanego Rafała Rutkowskiego z kotkiem o imieniu Sarkozy!

Ludwik XIII z pieskiem de Gaulle'em i kardynał Richelieu z kotkiem Sarkozym!

Można to lubić. Można nie lubić. Ale propozycja jest konkretna i ostra jak meksykańskie kaktusy. Panowie (i jedna dama) znaleźli sposób na reaktywowanie klasyki. Lepsze to, niż wbijanie osikowego kołka w trupa Szekspira! Poszedłem na spektakl Montowni w poszukiwaniu bratniej duszy. Bo ja też cierpię na syndrom Neo z Matrixa. Jak sobie czegoś nie reaktywuję, nie zasnę. Na przykład napisałem Biblię od nowa. Taką Biblię 2.0. Nosi tytuł Córki Lota. Wydałem to dawno, Ziemia od tamtego czasy wiele razy okrążyła Słońce. Ale niedawno napisałem też kontynuacje Lalki Bolesława Prusa. Wokulski reaktywacja!
ebook na virtualo.pl

Gdy pisałem Córkę Wokulskiego, codziennie powtarzałem sobie jedenaste przykazanie: Nie nudź! Czy mi się udało? Nie mi osądzać. Ale po reakcjach ludzi wiem jedno: klasyka może być żywa. Jak ją odpowiednio przyrządzić. Wstrząśnięta, niezmieszana bije w dekiel!

PS. Panowie z Montowni (i jedna dama) szykują przeróbkę kolejnego pogrobowca literatury, naszego ukochanego Sienkiewicza! Quo vadis! Warszawska premiera (w Krakowie startują wcześniej) pod koniec grudnia w Teatrze Powszechnym. Już ostrzę sobie zęby!


piątek, 31 października 2014

Chcesz pisać? Walcz z bestią!

Mój kolega zarzeka się, że napisze powieść. Słyszę tę gadkę od dziesięciu lat. I co? I nic. Nawet nie zaczął. Czy to znaczy, że jest przegrany? Nie, on jest zahipnotyzowany!

Nastassia Kinski, fot. Richard Avedon,

Pamiętacie postać Josepha Granda z Dżumy Camusa? W czas grozy wspaniały ów urzędnik oddawał się syzyfowej czynności pisania prozy. "W piękny ranek majowy smukła amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego". Tak brzmiało pierwsze zdanie, które poprawiał latami. Szlifował do zatraty, aż go z roboty chcieli wylać. Wobec nieuchronności zarazy wysiłek ten miał swoją moc. I piękno. Ale biorąc pod uwagę fakt, że i tak prędzej czy później umrzemy - czy bezsiła mojego kolegi jest wspaniała? Czy niepisanie jest aktem odwagi? 

Skrytykuj mnie, krytyku!


Współczuję znajomemu, bo jest jak ślimak na patelni. Pali go pragnienie, a nie ma dokąd uciec. Siedzi w szponach największej bestii naszej cywilizacji. To potwór, który dręczy nas w każdej sekundzie życia. Krytyk wewnętrzny. Znacie go? Bo ja znam. To ten przyjemniaczek, który szepcze mi, że nie umiem, że są lepsi. Że niewiele jestem wart. Albo jeszcze gorzej - kiepscy są ci, z którymi żyję. Nie sposób go - mnie! - zadowolić. Wstrętny jamochłon, który pasie się mym złym samopoczuciem. Im gorzej się czuję, tym on bardziej rośnie. Skąd się wziął? Różnie mówią. Może to wirus? Może przybysz z Marsa? Może diabeł? Wyobrażam go sobie, jako quasi byt warujący gdzieś w zwojach mojego umysłu. Jest czujny jak cholera. Nie odpuszcza. W każdej sekundzie gotów wbić szpilę i ssać. Zaszczepia go nam dom rodzinny, infekcja idzie przez pokolenia. Zaszczepia świat. Dlaczego Ziemia jest okrągła? Bo od tysiącleci miażdżą ją zwoje kosmicznego potwora. Krytyka wewnętrznego.



Mój znajomy, co by chciał, a nie może pisać, miał ojca, który go dusił. Dosłownie. Więc dla niego wewnętrzny krytyk ma realną postać. Nic dziwnego, że trudno mu się z nim zmierzyć. Że wszelkie próby wydania swojego głosu kończą się niczym. Dla mojego kumpla pisanie to bitwa. Gdy ją wygra, popłyną słowa. Z krytykiem wewnętrznym nie można negocjować. To ciemna energia. Bardzo stara, cwana i mocna. Wszelkie próby dogadania się kończą się tak samo. W czarnej dupie.

Jak to wygląda na powierzchni? Mój znajomy jest przekonany, że zaraz zacznie pisać, jak tylko znajdzie trochę czasu. Gdy wyrwie się z kieratu firmy, którą trzeba rozkręcić,  rodziny, o którą trzeba zadbać i samochodu, który trzeba naprawić. Więc jest przekonany, że to tylko kwestia poukładania tych klocków. Świetnie. Póki tak myśli, nie musi stawiać czoła wewnętrznej bestii. Krytykowi. Jest usprawiedliwiony. Spokojnie może dopieszczać swojego konia. I amazonkę.

Znam to doskonale. Ileż czasu trwa zanim wezmę się za pisanie. Ileż miesięcy strawię, nim gorąca potrzeba pisania roztopi lodowiec niemożności. Zanim kopnę krytyka i powiem: piszę! Ja. Teraz. Tutaj. A wszyscy mogą mi skoczyć! Bo niepisanie jest bezpieczne. Póki nie ma słów na ekranie, nie boli. Nie muszę zmagać się z materią, z oceną innych i najgorszą - tą wewnętrzną. Jest w tym jeszcze jeden niuans, którego nie rozumiem, wyczuwam zaledwie. Otóż, póki słowa nie zostaną zapisane, czuję się wolny. Z każdą literą nieskończoność zostaje ograniczona. Zostaje goły tekst. Jeden, kulawy, zamknięty. Jakże płaski i marny wobec kosmosu możliwości, które przewalają się w mojej wyobraźni. Może z tego powodu ludzie nie chcą się pobierać? Bo wybierając jedną żonę (męża) pozbawiają się możliwości życia z innymi. Na szczęście istnieją rozwody!

Czy jest jakaś rada na tę niezniszczalną paskudę? Czy można wygnać precz krytyka wewnętrznego? Myślę, że najbliżej poradzenia sobie z nim był Huckellbery Finn, który w Przygodach Tomka Sawyera radził, jak pozbyć się kurzajek. Jak to szło? Weź zdechłego kota i idź koło północy na cmentarz zaraz po tym, jak pochowają jakiegoś bezbożnika. O północy przyjdzie diabeł i kiedy będzie zabierał duszę zmarłego, ciśnij za nim kota i wypowiedz formułkę: diabeł za trupem, kot za diabłem, kurzajki za kotem, już was nie ma!

No pięknie, a co mają robić ci, którzy nie mają kurzajek?  
Tym, no cóż, pozostają tak marne i nudne zajęcia, jak psychoterapia, medytacja lub szamanizm. Próbowałem wszystkiego, więc wiem, że działa. Ale jedno jest pewne - tej cholery nie da się zabić. Jest żywotna, jak karaluchy. Jedyne co można, to osłabić jej działanie. Trzeba uznać, że nosi się w sobie drapieżnika. I wciąż od nowa podejmować z nim starcie. Trudno, darmo - nie ma cudownych recept. Przez całe życie w każdej chwili musimy być uważni. Wyczuwać czy to, co słyszymy, to nasz rozsądek czy ten pieron, krytyk? Niech go anioł jebnie!*

(*) Cytat z powieści Córka Wokulskiego

PS Obiecaną największą tajemnicę prozy musiałem przesunąć. Wąż domagał się opisania. Ale w następnym kawałku zbliżę się do niej niebezpiecznie! Czuj duch!

Poprzedni odcinek:
Dlaczego czytelniczka czyta?

Następny odcinek:
Wszystko, co najważniejsze!

  Odcinek 4
                                                      Frustracja drugie imię pisarza   
http://romanpraszynski.blogspot.com/2014/12/chcesz-pisac-pokochaj-frustracje.html

Odcinek 5
Tajna broń pisarza. I pisarki!

Odcinek 6
Bohater poszukuje celu

czwartek, 30 października 2014

Zaraza krąży!

To jest jak ospa wietrzna. Wszyscy muszą przez to przejść. Mnie wirus dopadł za sprawą Magdallena Magazine. Choroba nosi nazwę Liebster Blog Awards - uważajcie, zarazki krążą w powietrzu!


Opis choroby jest prosty. Dostajesz jedenaście pytań. Musisz na nie odpowiedzieć. Potem układasz własne pytanie i zarażasz - ups, nominujesz! - kolejne osoby. A więc od dzieła!

1. Jaki jest Twój ulubiony cytat, inspirujący Cię do działania?
"Boisz się? W porządku, bój się i rób swoje!" - nie znam niestety autora. Za to znam człowieka, który mi to doradził. Dzięki, Zbyszku! 

2. Wolisz książki papierowe czy e-booki?
E-book to wciąż nieodkryty dla mnie ląd. Właśnie ruszam na podbój tej krainy. Wydaję własną powieść Córka Wokulskiego jako e-book. Bogini bitów - miej ją w opiece!

3. Najczęściej wybierasz papierowy notes czy może elektroniczny gadżet?
Równowaga. Albo rozkrok. W kalendarzu smartfona zapisuję wszystkie spotkania i imprezy. Dzwonek daje mi pewność, że nie nie zapomnę. A w notesie - na papierze! - zapisuję na szybko telefony, pomysły, sprawy do załatwienia. 

4. Co robisz, gdy brakuje Ci natchnienia do pisania?
Idę spać. Wypoczęty umysł sam załatwi problem.

5. Co oznacza dla Ciebie sukces?
Sukces, podobnie, jak seks - jest na literę "s". I o to chyba chodzi -żeby przeżywać życie ekStatycznie. 

6. Jaki masz stosunek do mody? Ulegasz obowiązującym trendom?
Ha, czy to na pewno pytanie do mnie? 

7. Jaki deser lubisz?
Oddam wszystko, oprócz żony, za dobrą, prawdziwą chałwę. Za dobrą kawę oddam nawet żonę. 

8. Czy zmieniłabyś/zmieniłbyś coś w swoich blogowych początkach?
Tak. Wcześniej chciałbym odkryć nieskończoną krainę Google+

9. Artysta, którego najbardziej cenisz?
Artystom to ja raczej nie ufam. Natężenie neurozy i egocentryzmu wprost proporcjonalne do rozgłosu i rangi. Za to cenię ich dzieła. Teraz nurzam się cały w "Zaślubinach Kadmosa z Harmonią" Roberto Calasso. To niezwykła opowieść o mitach greckich. Erudycja i język najwyższej próby. Szkoda, że Biblia już została napisana. Ten Włoch napisałby ją ciekawiej!

10. Miejsce, które lubisz najbardziej w swojej miejscowości? 
Warszawa jest jak patchwork. Składa się z wielu, nieprzystających do siebie części. Na szczęście niektóre z nich dają się lubić. Na przykład Park Skaryszewski. W stylu angielskim, łąki, stawy, lodziarnia w byłym zalecie. Wiewiórki żebrzące o orzechy. A do tego prezent od pani prezydent - siłownia pod chmurką.  Dobre miejsce. 

11. Wymarzony biznes, który chciałbyś/chciałbyś prowadzić?
Rozmawiałem niedawno z Michałem Witkowskim. Powiedział, że on nie jest pisarzem. Jest facetem produkującym powieści. Proszę bardzo. Firma: pisarz!

No dobra. Nie chce mi się układać aż tylu pytań. Ograniczę się do trzech:

1. Jakim zwierzęciem jesteś w łóżku? 
2. Gdybyś miała/miał napisać powieść swego życia - jaki tytuł by nosiła?
3. Tysiąc złotych do wydania na przyjemności - na co?

Nominuję - uwaga:

Krzysztof Jaworskihttp://krzysztofjaworski.blogspot.com/
Katarzyna Zwolińskahttp://miniowkaija.pl/
Martyna Praszyńska (to po znajomości!) - http://huffu.blogspot.com/

Ha, ha, ha, ha!!!!

sobota, 25 października 2014

Marycha jest dobra na wszystko!

Ta biografia zaczyna się, jak film Komasy. Powstanie Warszawskie, w budynek uderza bomba. Mały Krzyś wbiega do bramy i widzi rozrzucone kawałki ludzkiego mięsa. Jest głodny, woła do mamy: "Mięso, mięso". Rwie się, żeby jeść. Potem jest coraz weselej.


Fot. Wielka Litera
Jest wesoło, bo pan Krzysztof ma taką werwę, że samego Wojewódzkiego przegada. Oglądałem program, to wiem. Wielki ów aktor obrał sobie na życie strategię rozśmieszacza. Życie miał długie, bogate w przygody i trudy. Co bolesne, zapomniał. W końcu jak jest się żydowskim dzieckiem, które przetrwało wojnę i pogrom kielecki, jest dużo do niepamiętania. Lepiej zasłonić się zgrabnym bon motem, których w Takiej zabawnej historii pełno. Cierpienie zamienić na dowcip. Ja to rozumiem. Ja to popieram. Gdy umysł człowieka spotyka się z bólem zbyt wielkim, wypiera. I wtedy z życia pozostają zabawne anegdoty, jak ta, w której pan Krzysztof zapalił marychę, co mu ją Magda Dygat z Amsterdamu przywiozła. Zapalił i chciał siku zrobić. Ale jak wyszedł do przedpokoju, przepaść wielka mu się pod nogami otworzyła, ani kroku dalej. Wrócił więc do pokoju i skarży się Andrzejowi Dudzińskiemu, mężowi Magdy, że dziura wielka za drzwiami. A on musi. Andrzej się śmieje i radzi: "Wiesz co, lej w tę przepaść!". I jak pan Krzysztof usłyszał, tak zrobił...

Po co ludzie opowiadają swoje życie? Czy dlatego, jak wszędzie ostatnio rozpowiada Olga Tokarczuk, chwaląc się swoją nową powieścią - bo życie niezapisane umyka? Nie wiem. Ale wiem, że gdybym miał taka biografię, jak pan Krzysztof, paplałbym o niej do upadu. Bo to wielki aktor jest. I nie myślę, o tym, że wygląda, jak czołg. Myślę o tym, że zagrał w paru kultowych filmach. W Misiu na ten przykład. Albo Brunecie wieczorową porą. A szczególnie kocham go za danie kulturze polskiej tego chama i prymitywa, pana Sułka. Radiowy duet z Martą Lipińską, Kocham pana, panie Sułku wnosił smugę światła w mroczne lata mego dzieciństwa. 
Więc daruję mu, że o swoich romansach i żonach ledwie się zająknął. Wierzę mu, gdy mówi, że młodsza o trzydzieści jeden lat żona i młodsza o sześćdziesiąt trzy lata córka to największy dar jego życia. Ostatnia szansa, której nie chce spieprzyć. Patrząc z perspektywy takiej, że jego ojca zabili Sowieci, dziadkowie zginęli w obozie koncentracyjnym, a on przeżył i tyle osiągnął, jest wielkim szczęściarzem. Tak. Jest. Ale wiecie, co wam powiem? Każdy z nas, żyjących, jest. I mam nadzieję, że odpowiecie mi, jak ten nieznośny gbur, pan Sułek: "Cicho, wiem!".

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!