niedziela, 28 września 2014

Dlaczego nie będę sławnym pisarzem?

Jak wiadomo, czytają głównie kobiety. Więc trzeba pisać dla nich. Co kobiety lubią? No, właśnie, na nieszczęście Bridget Jones! Gdybym umiał tak pisać, już dawno mieszkałbym na Balearach!

Ponieważ marzy mi się sława i oldskoolowy alfa romeo, podjąłem próbę zrozumienia na czym polega tajemnica popularnych powieści kobiecych. Zajrzałem do debiutanckiej powieści z nurtu bridgetowego. Jakie wnioski? No, niestety, trzeba być babą. Żaden facet - pomijając może tych wyklętych przez Kościół - nie umiałby rozpisywać na wiele stron "zwyczajnego życia" porzuconej kobiety. Jej mikrosmutków i burz emocjonalnych. Jej słowotoku i skaczących dygresji. A także zderzenia z prozą życie. A więc - zmywarka działa, czy nie? Robić kopytka czy kupować? A potem te rozważania z przyjaciółkami o rozwodzie. Wielogodzinne. Ratunku. Nie dam rady. Chciałbym, ale nie umiem. Zabiłbym się prędzej nogą, niż rozpisał plan dnia w punktach: "1. posprzątać; 2.spotkanie w sprawie pracy; 3. zakupy (...) 10. uprać". Nie umiem stworzyć postaci czterdziestoletniej kobiety, matki trojga synów, zaskoczonej odejściem męża. Zaskoczenie rozumiem, ale dlaczego nie pojawia się w książce choć odrobina refleksji nad tym, co się wydarzyło? Nad udziałem kobiety w śmierci związku? Oprócz zabawnych, ale równie smutnych zdań, że mężczyzna woli każdą obcą od żony, chociażby żona tylko w stringach podawało piwo. Nie umiałbym sprytnie odpowiedzialności za dramat pary zepchnąć na barki męża. Brak mi solidarności jajników. Ale jedno bym umiał - chętnie podsunąłbym skrzywdzonej bohaterce - jak czyni to autorka - młodszego kochanka, w którego silnych ramionach znajdzie ukojenie (bohaterka, nie autorka). I dodałbym więcej seksu. O rany, w ogóle dałbym seks, bo ta czterdziestolatka o mentalności dziewiczej piętnastolatki jest jak kremówka z Wadowic. Więc kto wie? Może nie wszystko skończone? Może jednak Pudelek i alfa romeo jeszcze mi pisane?...


Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!


sobota, 27 września 2014

Poeci zabójcy

Życie jest jak deszcz meteorytów. Nigdy nie wiesz, co cię trafi. Ja dziś przeżyłem szok poetycki. Na placyku dla dzieci. A myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy.
Poszedłem z Mikołajem na super skwer na Grochowie. To fajne miejsce dla dzieci, dorośli mają ławki i trochę zieleni. Zawsze jak tam jestem, błogosławię śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, bo za jego prezydentowania Warszawie dziki skwer, gdzie królowali menele, zamieniono na świetny park dla grochowian. Ale oczywiście Lechu nie byłby sobą, gdyby nie wtrynił w to wojennej martyrologii. I nazwał skwer Parkiem Obwodu Pragi Armii Krajowej. Dziś trafiliśmy tam na odsłonięcie tablicy pamiątkowej:


Było wojsko, harcerze i burmistrz. Był hymn i wojskowa trąbka. Była pani porucznik, która wspominała, jak ona i jej równie młodzi koledzy chętnie szli na śmierć. Wzruszające to było oczywiście. Ludzkie próby ogarnięcia potworności cierpienia zawsze mnie poruszają. Choć to pałowanie się powstaniem, jak i każdą inną wojną, uważam za niestosowne. W tym tysiącleciu na polskich drogach zginęło ponad pięćdziesiąt tysięcy osób. Dlaczego im nikt nie stawia pomników? Bo nie umieli strzelać?

I właśnie dlatego piszę. Podczas przemówieniu pod tablicą usłyszałem, że któryś z dowódców powstania w czasie walk ogłosił... konkurs poetycki! Tak, oczy Was nie zwodzą, powstańcy w chwilach wolnych od pełzania w kanałach mogli skrobnąć powstańczą rymowankę. Kto wygrał i czym wygrał nieważne. Ważne jaka była nagroda. Jaka? No - zgadujcie... KARABIN MASZYNOWY!
Noż, kurwa mać! Gdyby poezję zawsze traktowano tak poważnie, pierwszy zostałbym poetą!


A to zdjęcie kojarzy mi się z patriotyzmem. Po prostu. Zgrabna pupa opasana flagą. Taką Polskę kocham...

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!



piątek, 26 września 2014

Oddam bilety na Służby Specjalne

Oddam za nic. Za free. Dwuosobowe zaproszenie na pokaz specjalny Służb specjalnych. Nowy film Patryka Vegi. Masakra oczywiście!
Seans w poniedziałek, 29 września, Cinema City Arkadia, Aleja Jana Pawła II 82, godz. 20.00



Ale, nie, jednak haczyk jest! Odpowiedzieć trzeba na proste pytanie: Jak ma na imię ojciec Córki Wokulskiego? Odpowiedź, która najbardziej mi się spodoba, zostanie nagrodzona wejściówkami. Odebrać je można w poniedziałek (29-go) w okolicach placu Trzech Krzyży od 10.00 do 18.00.
Powodzenia!

Bóg wybacza, oni nigdy!

(hasło reklamowe filmu, słodkie, co...)

niedziela, 21 września 2014

Co gały widziały

Się czyta. Się ogląda. Się słucha. A nawet tańczy. Ale przede wszystkim się pisze o tym:

Cipy i qutasy są qool!                           Duchy rządzą!
                          



Kotek kardynała Richelieu                            Marycha jest dobra na wszystko!



Dlaczego nie będę sławnym pisarzem!                                                                                                                                                                      Kobiety do pisuarów!






Cycki Iwony                                                       Houellebecq nie jest squrvysynem!                   
             
       

Penis olbrzym                                        Czarni Polacy
   

Córka Wokulskiego                                                       Django to ja!
        







sobota, 20 września 2014

Dawno nikt mnie tak nie wychędożył!

To cytat. Z powieści Bóg honor trucizna. Przyjemny, prawda? Zwłaszcza, że mówi to zadowolona niewiasta. Kobiety u Forysia są bardzo nowoczesne. Biorą co chcą i umieją to robić.

Wydawnictwo Otwarte
Kraków 2014


Już w pierwszej scenie Marysieńka Sobieska oddaje się francuskiemu biskupowi na stole w jego paryskim mieszkaniu. Nie ma w tym uczucia. Są interesy. Dynastyczne. A dalej jest jeszcze gorzej. Wszyscy pieprzą wszystkich. Magnaci królów. Królowie fryzjerów. Kozacy Polaków, a Turcy jak podleci. Patriotyzm? Nie żartujcie. Światem - Koroną Obojga Narodów - rządzi rzyć i złoto. Głównie francuskie. Polska roku 1671 coś mi przypomina. Kraj podzielony na dwa zwalczające się obozy, a Rosja zajmują Kijów...



Jak pisze Leszek Bugajski na okładce: "Historia to skarbnica atrakcyjnych fabuł". I to mnie w tej powieści urzekło. Nie ma nudy. Sceny mkną jedna za drugą. Ktoś kogoś goni. Ktoś ucieka. Ktoś chce otruć króla. A ktoś uniknąć spalenia na stosie. Świetnie zaplątana intryga. Wow, to w Polsce tak pisze się o historii? Chyba przespałem kilka lekcji!



I kim WTF jest Robert Foryś? Zgooglowałem gościa. Archeolog, który zajmował się prasłowiańską magią. I pisał do tej pory okropne - sądząc po opisach  - powieści fantasy. Rozumiem, że przechodzi do wyższej ligi? Bóg honor trucizna to początek trylogii Gambit hetmański.  Foryś może podbić serca Polaków. Sekunduję mu. Rzuciło mnie na kilka dni do lasu, jego książka dzielnie umilała mi czas. I mam tylko jedną wątpliwość. Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę?...


Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!


czwartek, 18 września 2014

Houellebecq nie jest sqrvysynem!

Porwali Houellebecq'a! I bardzo dobrze. Należało mu się za ten nihilizm! Za obrazoburstwo. Dziwkarstwo. A może nie porwali? Nie? To co w końcu?...

w kinach od 26 września


Porwali, ale oddali. A to co pomiędzy było najciekawsze. Rozmowy porwanego pisarza z napakowanym na siłce porywaczem o sztuce pisania podbiły me serce. "Nie ma zasad - mówi skuty kajdankami pisarz. - Trzeba się ponudzić. Wtedy przychodzą słowa". 


Jednak porwany pisarz nie ma czasu się nudzić. Wciąż pije wino z porywaczami, rozmawia o sensie życia i chędoży młodą Fatimę o ciele Wenus Boticelliego. Całe napięcie filmu bierze się z tzw. syndromu szwedzkiego. Porwany zaprzyjaźnia się z porywaczami. I gdy ktoś w końcu płaci okup, żałuje, że to już koniec. Mamy więc mnóstwo zabawnych, pachnących Monty Pythonem dialogów. I pięknych scenek, jak ta, w której bandziory uczą pisarza dusić przeciwnika nogami. Mamy też tak ulubione akcenty polskie. Porywacze są pół-Polakami. A pijany Houellebecq wykrzykuje, że Polska nie istnieje. Że to wymyślona kraina. "W Polsce, czyli nigdzie", jak pisał Alfred Jarry w Ubu król. I tacy są ci Francuzi...

Polska może nie istnieje, ale za to ja odkryłem Houellebecq'a. Po tym, jak odpadłem od Cząstek elementarnych, uznałem go za cynicznego depresanta i totalnego sqrvysyna. A tu niespodzianka. Zabiedzony, wycofany, ale w gruncie rzeczy sympatyczny i z poczuciem humoru gość! Posypuję głowę popiołem i obiecuję przeczytać jego książkę od deski do deski. Może doradzicie mi którą?

A po seansie w Muranowie wyszli na scenę polscy pisarze, aby poruszyć bolesny temat: "Pisarz, a media". Agnieszka Drotkiewicz opowiedziała, jak robiła wywiad z Houellebecq'iem dla Playboya, który powiedział jej (Houellebecq, nie Playboy), że nie musi zaspokajać redaktorów pisma, Krzysztof Varga, przyznał, że nie ma profilu na facebooku, bo się wstydzi, a Mariusz Szczygieł zeznał, że lubi chodzić do Pytanie na śniadanie, bo sprzedaż książek wzrasta mu wtedy o 300-500 egzemplarzy. Gremialnie narzekali na mizerię polskich mediów, które literatury i pisarzy boją się, jak prawiczek gromnicy. Więc, nawet jak pisarz - pisarka - chcą stracić cnotę i oddać się na łup szmatławców - to i tak nie ma chętnych. Ale narzekali tak barwnie, z taką werwą i słowną maestrią, że naprawdę powinni pokazywać ich w telewizji! 

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!



wtorek, 16 września 2014

Uważaj na wątrobę!

Komasa jest wielkim reżyserem. Postury raczej mizernej, ale łeb ma. A z ramion wyrastają mu dwa sekatory. Tytanowe szczypce. Wbije ci je w bok poniżej płuc, pogmera i wyrwie wątrobę bez znieczulenia. 

Zofia Wichłacz, Józef Pawłowski. Fot. Kino Świat.

To naprawdę nieważne o czym jest #MIASTO44. O  miłości, szaleństwie czy walce za Ojczyznę. O ludziach czy karabinach. Bo i tak przejebane. Film o katastrofie kończy się katastrofą. Inaczej nie może być. 

Anna Próchniak. Fot. Kino Świat
Pamiętacie scenę ze Magnoli, gdzie waliło z nieba żabami? Komasa poszedł dalej. W środku filmu z bezchmurnego nieba nad Warszawą wali ludzkim mięsem. Gdy na Starówce wybucha czołg pułapka, najpierw w niebo bije wielki grzyb ognia i czarnego dymu. Za moment spada krwawy deszcz, a zaraz lecą ludzkie szczątki. Piła 7? Nie, paradokument. Nawet Miron Białoszewski pisał w Pamiętniku z powstania warszawskiego, że ludzkie głowy latały w powietrzu. Jak to się robi? A więc zamawia się kilka skrzynek podrobów. Przyjeżdżają podnośniki i zrzuca się ochłapy z góry na biegnących przed kamerami aktorów. Gdy tego mało, zamawia się w specjalnej firmie ludzkie kawałki z plastyku. A gdy efekt nie zadawala, sprowadza się dmuchawę, która rozrzuca to szeroka strugą. Naprawdę, kino to wspaniała sztuka iluzji. 

                                               

To jest dobry film. Znakomicie, profesjonalnie zrealizowany. Koncertowo zagrany. Pomysł, żeby postawić na młode, nieznane twarze obronił się wspaniale. To, że film powstawał latami - dłużej, niż trwała II wojna światowa! - też wyszło mu na dobre. Reżyser i jego młodziaki zdążyli dojrzeć. Ale mam kłopot. Mam kłopot ze swoją empatią. Bo gdy przez dwie godziny oglądam na ekranie cierpienia ludzi, gdy na moich oczach ludzie innym ludziom zadają niewyobrażalny ból, męczę się. I wychodzę zmęczony z kina na świat. A po co światu taki zmęczony facet? Serio, film świetny, ale wolę swoją wątrobę...



Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!


niedziela, 14 września 2014

Oddam wejściówki na MIASTO 44

Oddam zaproszenie dla dwóch osób na MIASTO 44. Zaproszenie jest bezpłatne. Najbliższa środa, 17 września, godz. 20.30. Kino Atlantic, sala C.




Proponuję małą zabawę. Jeżeli chcesz dostać zaproszenie, przeczytaj poniższą historyjkę i odpowiedz na pytanie:

Wrocław, Dworzec Autobusowy, niedziela. 
13.35 Na peron podjeżdża autokar Polskiego Busa do Warszawy, pasażerowie zajmują miejsca. Odjazd o 13.40.
13.40 Objawia się kobieta, która spóźniła się na kurs o 12.30. Nazwijmy ją Szatynką. Szatynka nie spóźniła się z własnej winy. We Wrocławiu jest maraton i całe miasto zablokowane. Szatynka utknęła w taksówce w korku. Ale zadzwoniła na infolinię, obiecano jej, że jeżeli w tym autobusie będzie miejsce, pojedzie. 
13.45 Obsługa tłumaczy jej, że nie ma miejsc. 
13.50 Okazuje się, że jednak kilka miejsc jest. Jednak Szatynka i tak nie może wsiąść, gdyż autokar jedzie przez Łódź i tam może dosiąść się ktoś, kto ma rezerwację.
13.55 Obsługą wpuszcza do autokaru Szatynkę i cztery inne osoby również spóźnione na wcześniejszy autokar (maraton!). Pod warunkiem, że pojadą tylko do Łodzi.
14.00 Pojawiają się dwie osoby, które mają rezerwację na 13.40. Też spóźniły się przez maraton. Chcą wsiąść, ale wszystkie miejsca zajęte. I co teraz? Obsługa zachowuje się pasywnie. Szatynka ogłasza w autobusie, że osoby, które wsiadły bez rezerwacji, powinny wysiąść. Jeden chłopak przyznaje się, że nie ma rezerwacji i wysiada. Reszta milczy.
14.05 Mężczyzna, który wciąż siedzi w autokarze i nie ma rezerwacji, mówi do swojej partnerki, że Szatynka namawia naiwnych do opuszczenia busu, bo sama chce pojechać. On nie zamierza ruszać się z miejsca. Obsługa wciąż pasywna. Nic nie robi. Tylko rozmawia z Szatynką i dwójką osób, które mają bilet, ale nie mogą pojechać.  Po prostu pat.
14.10 Do obsługi podchodzi pasażer, nachyla się i mówi coś spokojnym głosem. Dwa krótkie zdania. Dwie minuty później autokar odjeżdża.


Co powiedział mężczyzna? 


Niestety, siedziałem za daleko. Nie usłyszałem, jakie słowa padły. A bardzo tego jestem ciekaw. Napisz, co według Ciebie powiedział mężczyzna. Odpowiedź, która najbardziej mi się spodoba, dostanie zaproszenie na MIASTO 44! 

Aha, zaproszenie  przekazać mogę w Warszawie na trasie: rondo de Gaulle'a - rondo Wiatraczna!

środa, 10 września 2014

Krowożercy

Nie wiem, jak wy, ale ja jadam tylko te zwierzęta, które sam zabiję. A że rzadko to robię, więc raczej kasza i marchewka. Więc, jaka radość, gdy mogłem wciągnąć Krowę! A na truchło bydlęcia trafiłem maszerując Hożą. 

Krowarzywa, Hoża 42.
Szukałem chodnika, gdzie mógłbym sfotografować okładkę swojej książki. Przyciągnęły mnie różowe trzewiki:

O książce czytaj: tutaj.

Podnoszę głowę, a dziewczyna zajada w najlepsze burgera. Co to za miejsce? Krowarzywa. Czyli  buły z warzywami, kotletami z kaszy jaglanej, soczewicy i takich tam. 100 procent vegan - głosi napis kredą na tablicy. W malutkim pomieszczeniu sporo ludzi, czekają z ponumerowanymi kartkami na swoją kolej. Za ladą dziewczyny ubrane na czarno, rude włosy, tatuaże i kolczyki. Nastrój hipsterski, klienci pewnie wieczorami wysiadują na pl. Zbawiciela. I pewnie to nie ci, którzy palą tęczę.



Kupiłem bułę, dałem 13,5 zł. Czy to dużo? Veganburger był smaczny i sycący. Jadłem go i myślałem o nazwie lokalu. Krowarzywa - czyli gdzieś tam, dzięki moim wyborom jakaś krowa hasa sobie cała i zdrowa. Dobre i to. Smacznego!



Gdy opuszczałem lokal, zobaczyłem na ścianie tablicę. Mieszkał tu Antoni Grabowski, człowiek ogarnięty ideą połączenie ludzkości za pomocą języka Esperanto. Pasuje do miejsca, gdzie w praktyce stosuje się ideę połączenia wszystkich żywych istot. Szanuję twoje istnienie, więc poskramiam ochotę na twoje mięso. Chcielibyście, żeby ktoś jadł wasze dzieci? To dlaczego jecie cielęcinę?...





poniedziałek, 8 września 2014

Scenki z miasta

Żyję w Warszawie. Chodzę po ulicach. Spotykam ludzi. Czasem dzieje się coś, co warto zapisać. I zrobić zdjęcie. Poniżej mój osobisty warszawski serial. Ujęęęcie!...


Stalowy Zbawiciel, Międzylesie

Linki:

Artystom wolno wszystko czyli dlaczego lubię się rozbierać!

Poeci zabójcy czyli strzały  placu zabaw!

Krowożercy albo jak wydałem 13,5 złotego!

Śledź w czekoladzie czyli jak zjadłem Pałac Kultury!

Jezus mnie kocha czyli życie cudem jest! 

Honorowa żebraczka czyli dawaj, bo dostaniesz!

Miszcz świata czyli jak pobiłem rekord Guinessa!

Najdroższy chłopiec świata czyli jak zostałem Picassem!

Dojebany albo o perwersyjnych snach mojej żony!


Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!

Proza

Dorobek życia...

Córki Lota

Brawurowy rajd przez Biblię, Koran i Torę. Historia dwóch córek Lota, które uratowały się z płonącej Sodomy. Szkatułkowa historia opowieści. Boski humor.
Wydawnictwo Santorski & S-ka, Warszawa 2003.



Czytaj: fragment

Recenzje:



Jajojad

Rok 1932, Breslau. Czarna groteska. Adolf Hitler płaci szantażystom, żeby ukryć swe żydowskie pochodzenie. Bruno Jasieński ucieka z sowieckiego łagru i emigruje do Argentyny. Carl Gustaw Jung bada przypadek potwora z kosmosu. A Inge Bartsch, młoda Żydówka z wiersza Gałczyńskiego, cierpi na depresję. Happy end.
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 1998.



Czytaj: fragment



Miasto sennych kobiet

Powieść kolaż. Dużo wątków. Jeden z nich - zamach na czarnoskórego Papieża we Wrocławiu. Oprócz tego parodia baśni, Ewangelii i zwykłego życia we Wrocławiu w latach 90. ubiegłego wieku.
Wydawnictwo: Croma, Wrocław 1995.




Czytaj: fragment



Na klęczkach

Debiut. Pod pseudonimem Red Vonnegut. Stworzyłem fikcyjnego autora - nieślubnego syna słynnego Kurta Vonneguta. Wielu uwierzyło w jego istnienie. Powieść o mnie i moich znajomych. Sporo było z tym zabawy...
Croma, Wrocław 1992.





Czytaj: fragment



Córka Wokulskiego

Erotyczna i sensacyjna kontynuacja Lalki Bolesława Prusa!


Więcej: czytaj



Miasto sennych kobiet

Powieść o seksie, religii i trudach dojrzewania. O szalonych wrocławiankach z końca zeszłego tysiąclecia. Ave, dziewczyny!

Croma, 1998


Fragment:









Córki Lota

Biblia przepisana od nowa. Taka Biblia 2.0. Powieść terapeutyczna. Przy tym zabawna.  A nawet ciekawa. 


Santorski&S-ka, 2003

Fragment:

            I
Minęło południe. Od Morza Pustynnego ciągnęła słona bryza. Dwaj Aniołowie zeszli z gór i stanęli pod bramą Sodomy. Na ramionach mieli wełniane płaszcze. W dłoniach podróżne kostury.
        — Pukamy, czy przenikamy? — Zapytał młodszy. Aniołowie nie różnią się wiekiem, ale w tym wypadku młodsza była jego ziemska powłoka. Włosy bardziej blond, oczy bardziej niebieskie.
          — Bez efekciarstwa — mruknął starszy towarzysz.
         Zastukał w wielkie drewniane odrzwia.
        Na wysokim murze z wypalonej cegły stał wartownik. Miał służbę od rana i kryzys wieku średniego. Jego kompani pili mocne piwo i grali w kości, a on sechł pod pustynnym słońcem. Czuł się sfrustrowany.
         — Kto wy? — krzyknął, obserwując przybyszów.
         Anioły nie mogą kłamać, ale nie muszą też mówić całej prawdy. Starszy skorzystał z tej zasady.
          — Przybywamy w Panu.
          Strażnik nie wyglądał na zadowolonego. Splunął nad głowami wędrowców.
          — A kto jest waszym Panem?
       Starszy Anioł odpowiedział cierpliwie, łagodnym głosem, jakim ludzie mówią do dzieci.
           — Pan nie ma imienia. Pan po prostu jest.
           Strażnik nie wyglądał na przekonanego.
        — Człowieku — krzyknął w dół — nie zasuwaj mi głodnych kawałków. Nawet najgorszy niewolnik jakoś się nazywa.
           Młodszy Anioł obruszył się.
           — Musimy z nim dyskutować? — szepnął. — Może od razu spalmy tę budę?
          Starszy Anioł podniósł uspokajająco rękę.
          — Wszystko ma swój czas.
        Słońce oślepiało. Morze Pustynne wygięło brzuch w ołowianą misę. Odbijały się w niej wielkie talerze chmur. Wiatr szarpał je ostrymi pazurami. Starszy Anioł zamachał do strażnika.
        — Przyjacielu, pochodzimy z dalekiej krainy, która leży bardzo wysoko. W samym niebie, rzec można. Panuje tam wielki władca, zwracamy się do niego per Panie. Przyjmij, że to jego imię.
        Strażnik pomyślał chwilę.
         — Nie mogę was wpuścić. Pełno się tu kręci babilońskich szpiegów.
Na Boga! — zdenerwował się młodszy Anioł. — Nie jesteśmy szpiclami. Po prostu szukamy schronienia przed nocą. Czy wy w tej Sodomie nie macie serca w piersi?
Strażnik uniósł się honorem.
         — Nie będziesz, przybłędo, pouczał Sodomitę!
Sodomitę? — młodszy Anioł mruknął kącikiem warg. — Ciekawe, gdzie zatem mieszkają Nekrofile?
      Starszy Anioł popatrzył na młodszego z dezaprobatą. Napiszę raport, mówiły jego oczy. Przyjaźnie zamachał do strażnika.
       — Wiem, że nie jesteś złym człowiekiem. Tylko porywczym. Przypomnij sobie własną córeczkę i jej nieszczęsny los.
         Strażnik westchnął. Egipska niewolnica urodziła mu słodką dziewczynkę. Aniołka. Ale nie traktował ich dobrze. Uciekły na pustynię, gdzie pożarł je lew. Strażnik z wiekiem coraz bardziej wątpił, czy ktoś urządził ten świat z sercem.
           — Skąd, do cholery, wiesz o mojej małej? — krzyknął do przybysza.
Przez twarz Anioła prześliznął się uśmiech wieczności.
           — Mówiłem ci, że nasz Pan jest wielki. Otwórz bramę.
         Strażnik splunął przez zęby i poprawił miecz. Najchętniej posłałby obcych do diabła, ale wspomnienie córki poruszyło jego wyschnięte sumienie.
       — Dobra — rzucił niechętnie — pogadam z dowódcą.



II
W dniu, w którym zginęła Sodoma, Lot zwlókł się późno z łóżka. Całą noc pił w karczmie „Pod pustynnym psem”. Pamiętał, że grał w kości i dużo stawiał. Potem dziura. Obudził się z potwornym kacem. Wstawał powoli, mózg grzechotał w czaszce, jak orzech w skorupie. Zanurzył głowę w cysternie z deszczówką na wewnętrznym dziedzińcu domu. Poczuł ulgę. Zawołał żonę, żeby dała mu kefiru.
Przepijesz dom i nas wszystkich — dogryzła mu Adit, stawiając dzban na stole w kuchni. Była chuda i brzydka. Lot dawno już z nią nie spał.
Morza nie wypijesz, jak mawiał mój pradziad Noe — odparował. — A piję za swoje.
Zanim nie opuściliśmy twego wuja, Abrama, nie pozwalałeś sobie na takie bezeceństwa — nie dała za wygraną. — Trudno z tobą wytrzymać.
Kobieto — usiadł z bólem przy stole. — Pan nakazuje czcić swego męża, a nie ciosać mu kołki na łbie, więc zamilcz.
— Martwię się o nasze córki. Zły przykład im dajesz.
Klasnął dłonią o blat.
Zawsze musisz mieć ostatnie zdanie. Uważaj, żebym nie stracił cierpliwości!
Nie odpowiedziała. Wiedziała, że wkracza na niebezpieczny teren.
Mąż w złości potarł czerwoną bliznę nad okiem, pamiątkę po kłótni z wujem. Poszło wtedy o lepsze pastwiska dla jego stad. Pomyślał z goryczą, ile lekceważenia musi znosić we własnym domu. I to od żony o urodzie pustelnika. Dobrze, że chociaż córki są ładne.
Adit urodziła mu dwie dziewczynki: Leę i Meę. Chciał, żeby dała mu syna. Ale jej łono było puste. A on wolał krągłość dzbana z winem niż jej kobiece kształty.
Nasze panny dorastają — wyrzekł, otarłszy wąsy z kefiru . — Czas najwyższy wydać je za mąż.
— Oszalałeś? — żona Lota osłupiała. — Przecież to jeszcze dzieci!
To już postanowione — Lot nie zwykł dyskutować swoich decyzji. — Dzisiaj jeszcze udam się do swatki. Ty myśl o weselu. Żeby było taniej, urządzimy dwa na raz.



niedziela, 7 września 2014

Jajojad

Powieść do pewnego stopnia kryminalna. W 1932 roku w Breslau znajdowane są zwłoki mężczyzn okaleczonych w intymnych miejscach. Są tacy, którzy uważają, że Marek Krajewski wzorował się na mnie. No, nie wiem...

Iskry, 1998

Fragment:

1

         Księżyc nad Schweidnitzerstrasse świecił łysym łbem oskalpowanego Żyda. Garbaty cień wieży Dorotheenkirche macał kostki bruku. Pod ścianą eklektycznej kamienicy Rudolfa Mosse’a — Anonse i ekspedycja! — usiadł wyliniały szczur i czyścił poszarpane wąsy. Noc pachniała kobietami branymi siłą.
        — Pierdolone życie — stęknął Kurt Vonnegut, pchając swój wózek śmieciarza krwawą żyłą rynsztoka.
        Powłócząc nogą, którą złamali mu żule na przedmieściach Breslau, zmierzał w stronę oświetlonego Hotelu Monopol. Wiedział, że gdy skręci przed Stadtheater i idąc w kierunku Spätgenpalais , zajdzie wąską uliczką na tyły budynku, znajdzie w kubłach wiele dobra.
         — Przyzwoite stare ubrania, dziurawe garnki, całkiem świeże jedzenie — oblizał się na samą myśl. — Trzeba tylko rozpędzić nienażarte koty.
      Minął oświetloną chorym, zielonym światłem Wein Restaurant, skąd dobiegały głośne śpiewy grubasów, których stać na kufel piwa i bawarską golonkę. Wystukiwali rytm wojowniczych piosenek na blatach dębowych stołów. Na wierzch ich opuchłych pysków wylazły błędne gały. Marzyli o szerokich biodrach Europy, głębokich szparach Azji, pulchnych cycach obydwu Ameryk. Chcieli spuszczać swe starogermańskie nasienie. Zapładniać ziemię. Płodzić olbrzymów.
         Trąbiły czarne limuzyny.
        Ulica bulgotała jak morskie akwarium. Oślizłe korpusy aut rozsuwały gęste warstwy mroku. W błyszczących pod wodą łuskach karoserii odbijali się krabowaci sprzedawcy gazet. Utopieni kloszardzi. Wśród raf chodników płynęły w futrach zarzuconych na gołe ramiona różowe kobiety, sunąc z niewymuszoną sennością perłopławów. Za nimi podążali mężczyźni w długich płaszczach przykrywających balowe smokingi. Mienili się seledynowo. Płetwy grzbietowe pulsowały rytmicznie. Puszczając nosem pęcherze powietrza, dźwigali kieszenie napuchłe starym złotem. Wirowali w takt przypływow i odpływów krwi. Oceanów pożądania. W bramie zobaczył pijaną prostytutkę przypartą do ściany zwalistym ciałem żandarma. On miał łapy ośmiornicy, ona rybi ogon. Wygięła biodra. Zadarła głowę. Tańczyli podwodny taniec medus. Mężczyzna w mundurze pogroził mu drewnianą pałką, obrosłą w wodorosty.
        — Raus ! — wyszczekał.
       Kurt splunął pod nogi. Zginiecie wszyscy, przeklął i popchnął mocniej wózek. Ciężkie głowy kamienic pochyliły nad nim pomarszczone twarze. Puste oczodoły okien patrzyły śmiertelnie nieobecne. Czoła dachów groziły upadkiem.
    Okrążył hotel łukiem, zostawiając po lewej pomnik cesarza Wilhelma I, sterczącego kretyńsko na koniu w otoczeniu skrzydlatych potworów. Minął potężną bryłę Stadtheater, podpartą kolumnami greckich świątyń. Gdy ujrzał rozległą nicość Schloßplatz, którą kroiły światła gazowych latarń, ustawionych wzdłuż miejskiej fosy, skrył się w cieniu wąskiej ulicy. Tu było spokojniej. Księżyc bezwstydnie obnażał swe starcze ciało z ulgą mocząc je w nędznych kałużach. Kurt węszył za odpadkami.
     Pochylał się nad skrzynką z zepsutymi małżami, gdy dostrzegł jej zgrabne buty na wysokich obcasach. Stała pod murem kościoła Dorotheenkirche i uśmiechała się ustami dziecka. Jej rude włosy w srebrnym świetle wydawały się całkiem czarne. Oczy miała wielkie i dalekie. Jak komety. Wrócił do pracy. Gówno go obchodzą te wszystkie bogate dziwki. Musi znaleźć coś do żarcia i dobre rzeczy do sprzedania. Taka kurwa może tu stać i całą noc, ale on musi się porządnie namęczyć. Inaczej marnie skończy. Podniósł głowę. Łydki wystające spod brązowej sukni, ciągnęły jak okrętowa lina. Spokojnie, Kurt, powtarzał sobie, oddalając się nieznacznie od śmietnika, taka suka musi tu gdzieś mieć swojego basiora. Za słabe masz zęby, stary. Za tępe pazury.
       — Kurt — usłyszał i zdębiał. — Chodź do mnie, Kurt...
     Rudowłosa patrzyła mu w oczy. Rozchyliła usta. W rozcięciu spódnicy błysnęło kolano.       Przełknął ślinę. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz dotykał obcego ciała. Ruszył niepewnie. Kobieta rozpięła płaszcz. Pod błyszczącą bluzką rysowały się dojrzałe piersi. Wyciągnął rękę.
      — Chodź — powtórzyła i skryła się we wnęce kościelnego muru.
      Pokuśtykał bezwolnie.
    Zatrzymał się, gdy plecami dotknęła gotyckich cegieł. Czuł ciepło jej szczupłego ciała. Widział materiał bluzki unoszony oddechem. Przycisnął się do niej swym grubym cielskiem. Chciwymi wargami otoczonymi posiwiałą brodą sięgnął w załamanie łabędziej szyi. Na mgnienie ujrzał tam znamię w kształcie łzy. Poczuł, jak w brudnych spodniach twardnieje mu napalony guz. Już ja ci dogodzę, burknął, obmacując ją tłustymi paluchami. Ciało miała jak wrzącą rtęć.
     Zadarł jej spódnicę i dobrał się do nagich pośladków. Ślizgały mu się ręce. Rozpaczliwie sapiąc, rozpiął rozporek i ugiął nogi, żeby dotrzeć swym zaganiaczem do najgłębszej rozkoszy.
Wtedy poczuł uderzenie zębów.


2


           Bruno Jasieński obrócił się gwałtownie na bok. Źle spał i budził się łatwo, męczony wypitym alkoholem. I wspomnieniami. Zdawało mu się, że poprzez szum nocnego miasta usłyszał przeraźliwe wycie zarzynanego człowieka. Jestem przewrażliwiony, użalił się nad sobą. Wszystko przez tę cholerną poezję.
      Bruno był poetą. Poetą, który uciekł sprzed plutonu egzekucyjnego. Jego wielka przybrana ojczyzna wielbiła ludzi płodzących słowa, ale Bruna zmęczyła ta adoracja. Zapragnął normalnego życia. Świata, w którym wybitni poeci nie karczują tajgi. Gdy inni ginęli w wiecznych śniegach, albo od kul zbawicieli ludzkości, jemu udało się uciec. To cud, w który sam do końca nie wierzył.
      — Może mnie nie ma — skrzywił się boleśnie, gdy wypity alkohol zachlupotał pod czaszką. — Może jestem żywym trupem?
     Skopał kołdrę i podszedł do okna. Trzydzieści trzy lata walecznego życia uczyniło z niego mężczyznę odpornego na przeciwności. Ale żelazny mechanizm rdzewiał. Przygarbił się, wyłysiał. Ciągle jednak był szczupły, cyniczny i niebezpiecznie inteligentny. Należał do tego typu samców, którzy powodzenie u kobiet zachowują do późnego wieku. Wyjrzał na rozległy plac przed hotelem. Breslau spało drażliwym snem głodnego drapieżnika.
     — Pieprzone Szwaby — zagryzł wargi. — Muszę stąd znikać, zanim przerobią mnie na abażur do lampy.
      Jego matka była Żydówką, która zakochała się w lekarzu z małego miasteczka, gdzieś na wschodzie Polski. Dawała mu swej mojżeszowej szparki, dopóki mógł z niej korzystać. Gdy alkohol odebrał mężowi męskość, na obiekt swych kobiecych tęsknot wybrała młodego gimnazjalistę. Stary lekarz pijak prał ją po piegowatym pysku, wrzeszcząc, że zabije taką żydowską kurwę, która daje wszystkim na rynku. Ona śmiała się histerycznie i wołała, że będzie to robić nawet z psem, jeżeli tym go wykończy. Mały Bruno nie mógł zrozumieć, dlaczego bliscy mu ludzie krzywdzą się tak okropnie. Jedyną czułą dla niego istotą była siostra, Renia.
     — Siostrzyczko — westchnął, wpatrzony w martwy budynek Stadtheater po drugiej stronie ulicy. — Gdybyś żyła, moja historia nie przypominałaby wiadra z pomyjami.
     Zobaczył cień ludzkiej sylwetki na murze. Ścisnęło go w dołku. Złudzeniem pamięci dostrzegł w nim zarys ciała swej ukochanej siostry. Wychylił się przez okno. Do hotelu wchodziła szczupłą kobieta o rudych włosach. Aż westchnął, tak była podobna.
Odwrócił się i podszedł do stołu, gdzie stała butelka z resztką wódki. Walcząc z wymiotnym odruchem, podniósł ją do ust i przełknął duży haust.
     — Największy Literat nie postawił jeszcze ostatniej kropki w moim poemacie — pocieszył się niemrawo i wrócił do łóżka. Wiercił się długo na twardym materacu. — Ile marek kosztuje bilet do raju?
     Czekała go kolejna bezsenna noc.


3


      Inge Bartsch siedziała na sedesie w łazience hotelowego apartamentu i rozmyślała o niczym.
        Była dwudziestodwuletnią artystką kabaretową. Rude włosy, małe piersi, twardy brzuch. Od sześciu lat grała na fortepianie i śpiewała w knajpach i teatrzykach niemieckich miast. Bonn, Monachium, Frankfurt. W Berlinie zabawiła dłużej, bo poznała tam Finka, komunizującego reżysera teatralnego. Fink w skrzypiących łóżkach tanich nor edukował ją klasowo, a ona prała jego komunistyczne gatki. Lecz wyzwalanie proletariatu szybko ją znudziło.
      — Moja łechtaczka jest ważniejsza od twojego Marksa — wyjaśniła mu dialektykę odejścia.
Zmęczona bezskutecznym podbijaniem stolicy, dała się poderwać grubemu plantatorowi z Argentyny. Czekoladowy i okrągły jak pataty Garcia obsypał ją podarkami i obiecał zabrać do swego malarycznego kraju. Na razie wylądowali w Breslau, gdzie on prowadził podejrzane interesy, a ona włóczyła się nocnych kabaretach. Piła tequilę i paliła trawkę. Na rauszu siadała do pianina i śpiewała sentymentalne piosenki. Gdy wprawiła się w stan odurzenia, zaczepiała obcych mężczyzn i opowiadała im swoje życie. Pod powiekami błyszczały klejnoty łez.
      Przed wejściem do wanny zaglądnęła do lustra. Z tafli szkła patrzyła na nią przestraszona dziewczyna o podkrążonych oczach. Męczyło ją wspomnienie snu. Nocne miasto i dojmujące poczucie pustki. Zanurzyła się w pianie.
      Z ciepłą wodą przypłynęło uspokojenie. Na szczupłą twarz wyjrzał zza kulis smutku uśmiech. Ukłonił się niepewnie. Nabrała w obie ręce białej miękkości. Stuliła wargi. Dmuchając rozrzuciła migotliwe strzępy po lśniącym błękicie porcelanowej posadzki. Roześmiała się.
Zmiany humoru nie były dla niej niczym szczególnym. Przeskakiwała z nastroju w nastrój, bez sygnałów ostrzegawczych. Wiedziała, że radość i rozpacz to w gruncie rzeczy to samo uczucie. Cała sztuka polega jedynie na odpowiednim dawkowaniu przerw. Oparła dłonie na brzegach wanny i powoli się zanurzyła. Patrzyła od spodu na brzuch piany, wyobrażając sobie, że jest różowym ślimakiem na dnie oceanu.
      Zawinięta w biały ręcznik przeszła do pokoju, zostawiając wilgotne ślady stóp. Wtedy nagłym obrazem wrócił do niej sen. Nocne miasto kręcące się na oszalałej karuzeli. Umykająca spod nóg ziemia. Poczuła, że traci równowagę. Oparła się wyciągniętą ręką o ścianę i padła na podwójne łóżko.
        Na prześcieradle, które nocą służyło jej za pole zmagań z balonem cielska argentyńskiego konkwistadora, przytuliła mokrą głowę do poduszki. Czuła się samotna. Zawsze czuła się samotna. Odkąd sięgała pamięcią, w czasie najlepszych chwil nie opuszczała jej świadomość, że zabawa wkrótce się skończy. Albo że dobra zabawa nie jest wcale taka dobra. Albo, że jest dobra, ale to tym gorzej, bo świat wokół był przez to jeszcze bardziej martwy. Nawet gdy kochała i szeptała wybranemu najczulsze słowa, przysięgi i zaklęcia, wiedziała, że to przecież na niby, że wszystko zaraz się skończy, a ona dalej będzie sama. Obca.
      Po policzku półnagiej Inge leżącej na małżeńskim łożu apartamentu Hotelu Monopol — w zaginionym mieście opuszczonego kraju wyludnionego globu gdzieś na krańcach wymarłego wszechświata — potoczyła się samotna łza.


4

         Carl Gustaw Jung spał w najlepsze, gdy ekspres z Zurychu wjechał ze zgrzytem hamulców na Hauptbahnhof. Szarpnięcie obudziło psychiatrę. Wstał, zdjął z półki małą walizkę i wyszedł na peron. Przeciągnął się dyskretnie. Wokół cielska pociągu, wśród kłębów pary zaroiło się od granatowych bagażowych i zaspanych podróżnych. Przeciskając się przez tłum pięćdziesięciosiedmioletni mężczyzna wyszedł na mroźny poranek. Przed pseudogotyckim gmachem dworca Breslau leżało skręcone konwulsyjnym koszmarem.
     Przyjaciele odradzali mu wizytę w ogarniętym szaleństwem mieście. Ale zaproszenie dyrektora tutejszej kliniki brzmiało niezmiernie ekscytująco. Miał u siebie bardzo rzadki przypadek schizofrenii. W sam raz do jego najnowszej pracy. Jung po namyśle doszedł do wniosku, że krótka wizyta nie grozi mu niebezpieczeństwem. A pożytki płynące z bezpośredniej obserwacji mogą być nieocenione.
       Wsiadł do taksówki i jadąc przez pogrążone w letargu ulice zastanowił się nad przerwanym w pociągu snem. Wielki biały ptak zataczał koła nad oceanem. Był samą wolnością i pięknem. Mandala, pomyślał psychiatra. Lot ponad oceanem to piękny archetyp. Zwiastuje przemianę, nowe życie...
    Wysiadł przed Hotelem Monopol i zastukał w zamknięte jeszcze drzwi. Otworzyła mu recepcjonistka o zmęczonej twarzy.
      — Mam rezerwację — wyjaśnił z przepraszającym uśmiechem. — Właśnie przyjechałem z Zurychu.
      W hotelowym pokoju szybko rozpakował skromny bagaż i wziął prysznic. Przykrył się cienką kołdrą. Zamknął oczy. Podróże zawsze wprawiały go w lekką ekscytację. Czuł, jak w wokół przepływają skumulowane energie. Ludzkie tęsknoty i zwątpienia. Ślady jaźni osób związanych z tym miejscem. Jego świadomość otwierała się na nieznane. Wiedział, że każda zmiana w przestrzeni niosła szansę wewnętrznych odkryć. Nasycił się tym i wyciszył. Sen, jak czujna kochanka, położył mu ciepłą dłoń na czole. Śnił miasto...



sobota, 6 września 2014

Na klęczkach

Debiut. Powieść osobista. Wydana pod pseudonimem dla zmyłki świata. Przygody moje i moich znajomych we Wrocławiu na początku lat 90. zeszłego wieku.

Croma 1992

Fragment: