poniedziałek, 8 września 2014

Córki Lota

Biblia przepisana od nowa. Taka Biblia 2.0. Powieść terapeutyczna. Przy tym zabawna.  A nawet ciekawa. 


Santorski&S-ka, 2003

Fragment:

            I
Minęło południe. Od Morza Pustynnego ciągnęła słona bryza. Dwaj Aniołowie zeszli z gór i stanęli pod bramą Sodomy. Na ramionach mieli wełniane płaszcze. W dłoniach podróżne kostury.
        — Pukamy, czy przenikamy? — Zapytał młodszy. Aniołowie nie różnią się wiekiem, ale w tym wypadku młodsza była jego ziemska powłoka. Włosy bardziej blond, oczy bardziej niebieskie.
          — Bez efekciarstwa — mruknął starszy towarzysz.
         Zastukał w wielkie drewniane odrzwia.
        Na wysokim murze z wypalonej cegły stał wartownik. Miał służbę od rana i kryzys wieku średniego. Jego kompani pili mocne piwo i grali w kości, a on sechł pod pustynnym słońcem. Czuł się sfrustrowany.
         — Kto wy? — krzyknął, obserwując przybyszów.
         Anioły nie mogą kłamać, ale nie muszą też mówić całej prawdy. Starszy skorzystał z tej zasady.
          — Przybywamy w Panu.
          Strażnik nie wyglądał na zadowolonego. Splunął nad głowami wędrowców.
          — A kto jest waszym Panem?
       Starszy Anioł odpowiedział cierpliwie, łagodnym głosem, jakim ludzie mówią do dzieci.
           — Pan nie ma imienia. Pan po prostu jest.
           Strażnik nie wyglądał na przekonanego.
        — Człowieku — krzyknął w dół — nie zasuwaj mi głodnych kawałków. Nawet najgorszy niewolnik jakoś się nazywa.
           Młodszy Anioł obruszył się.
           — Musimy z nim dyskutować? — szepnął. — Może od razu spalmy tę budę?
          Starszy Anioł podniósł uspokajająco rękę.
          — Wszystko ma swój czas.
        Słońce oślepiało. Morze Pustynne wygięło brzuch w ołowianą misę. Odbijały się w niej wielkie talerze chmur. Wiatr szarpał je ostrymi pazurami. Starszy Anioł zamachał do strażnika.
        — Przyjacielu, pochodzimy z dalekiej krainy, która leży bardzo wysoko. W samym niebie, rzec można. Panuje tam wielki władca, zwracamy się do niego per Panie. Przyjmij, że to jego imię.
        Strażnik pomyślał chwilę.
         — Nie mogę was wpuścić. Pełno się tu kręci babilońskich szpiegów.
Na Boga! — zdenerwował się młodszy Anioł. — Nie jesteśmy szpiclami. Po prostu szukamy schronienia przed nocą. Czy wy w tej Sodomie nie macie serca w piersi?
Strażnik uniósł się honorem.
         — Nie będziesz, przybłędo, pouczał Sodomitę!
Sodomitę? — młodszy Anioł mruknął kącikiem warg. — Ciekawe, gdzie zatem mieszkają Nekrofile?
      Starszy Anioł popatrzył na młodszego z dezaprobatą. Napiszę raport, mówiły jego oczy. Przyjaźnie zamachał do strażnika.
       — Wiem, że nie jesteś złym człowiekiem. Tylko porywczym. Przypomnij sobie własną córeczkę i jej nieszczęsny los.
         Strażnik westchnął. Egipska niewolnica urodziła mu słodką dziewczynkę. Aniołka. Ale nie traktował ich dobrze. Uciekły na pustynię, gdzie pożarł je lew. Strażnik z wiekiem coraz bardziej wątpił, czy ktoś urządził ten świat z sercem.
           — Skąd, do cholery, wiesz o mojej małej? — krzyknął do przybysza.
Przez twarz Anioła prześliznął się uśmiech wieczności.
           — Mówiłem ci, że nasz Pan jest wielki. Otwórz bramę.
         Strażnik splunął przez zęby i poprawił miecz. Najchętniej posłałby obcych do diabła, ale wspomnienie córki poruszyło jego wyschnięte sumienie.
       — Dobra — rzucił niechętnie — pogadam z dowódcą.



II
W dniu, w którym zginęła Sodoma, Lot zwlókł się późno z łóżka. Całą noc pił w karczmie „Pod pustynnym psem”. Pamiętał, że grał w kości i dużo stawiał. Potem dziura. Obudził się z potwornym kacem. Wstawał powoli, mózg grzechotał w czaszce, jak orzech w skorupie. Zanurzył głowę w cysternie z deszczówką na wewnętrznym dziedzińcu domu. Poczuł ulgę. Zawołał żonę, żeby dała mu kefiru.
Przepijesz dom i nas wszystkich — dogryzła mu Adit, stawiając dzban na stole w kuchni. Była chuda i brzydka. Lot dawno już z nią nie spał.
Morza nie wypijesz, jak mawiał mój pradziad Noe — odparował. — A piję za swoje.
Zanim nie opuściliśmy twego wuja, Abrama, nie pozwalałeś sobie na takie bezeceństwa — nie dała za wygraną. — Trudno z tobą wytrzymać.
Kobieto — usiadł z bólem przy stole. — Pan nakazuje czcić swego męża, a nie ciosać mu kołki na łbie, więc zamilcz.
— Martwię się o nasze córki. Zły przykład im dajesz.
Klasnął dłonią o blat.
Zawsze musisz mieć ostatnie zdanie. Uważaj, żebym nie stracił cierpliwości!
Nie odpowiedziała. Wiedziała, że wkracza na niebezpieczny teren.
Mąż w złości potarł czerwoną bliznę nad okiem, pamiątkę po kłótni z wujem. Poszło wtedy o lepsze pastwiska dla jego stad. Pomyślał z goryczą, ile lekceważenia musi znosić we własnym domu. I to od żony o urodzie pustelnika. Dobrze, że chociaż córki są ładne.
Adit urodziła mu dwie dziewczynki: Leę i Meę. Chciał, żeby dała mu syna. Ale jej łono było puste. A on wolał krągłość dzbana z winem niż jej kobiece kształty.
Nasze panny dorastają — wyrzekł, otarłszy wąsy z kefiru . — Czas najwyższy wydać je za mąż.
— Oszalałeś? — żona Lota osłupiała. — Przecież to jeszcze dzieci!
To już postanowione — Lot nie zwykł dyskutować swoich decyzji. — Dzisiaj jeszcze udam się do swatki. Ty myśl o weselu. Żeby było taniej, urządzimy dwa na raz.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz