niedziela, 7 września 2014

Jajojad

Powieść do pewnego stopnia kryminalna. W 1932 roku w Breslau znajdowane są zwłoki mężczyzn okaleczonych w intymnych miejscach. Są tacy, którzy uważają, że Marek Krajewski wzorował się na mnie. No, nie wiem...

Iskry, 1998

Fragment:

1

         Księżyc nad Schweidnitzerstrasse świecił łysym łbem oskalpowanego Żyda. Garbaty cień wieży Dorotheenkirche macał kostki bruku. Pod ścianą eklektycznej kamienicy Rudolfa Mosse’a — Anonse i ekspedycja! — usiadł wyliniały szczur i czyścił poszarpane wąsy. Noc pachniała kobietami branymi siłą.
        — Pierdolone życie — stęknął Kurt Vonnegut, pchając swój wózek śmieciarza krwawą żyłą rynsztoka.
        Powłócząc nogą, którą złamali mu żule na przedmieściach Breslau, zmierzał w stronę oświetlonego Hotelu Monopol. Wiedział, że gdy skręci przed Stadtheater i idąc w kierunku Spätgenpalais , zajdzie wąską uliczką na tyły budynku, znajdzie w kubłach wiele dobra.
         — Przyzwoite stare ubrania, dziurawe garnki, całkiem świeże jedzenie — oblizał się na samą myśl. — Trzeba tylko rozpędzić nienażarte koty.
      Minął oświetloną chorym, zielonym światłem Wein Restaurant, skąd dobiegały głośne śpiewy grubasów, których stać na kufel piwa i bawarską golonkę. Wystukiwali rytm wojowniczych piosenek na blatach dębowych stołów. Na wierzch ich opuchłych pysków wylazły błędne gały. Marzyli o szerokich biodrach Europy, głębokich szparach Azji, pulchnych cycach obydwu Ameryk. Chcieli spuszczać swe starogermańskie nasienie. Zapładniać ziemię. Płodzić olbrzymów.
         Trąbiły czarne limuzyny.
        Ulica bulgotała jak morskie akwarium. Oślizłe korpusy aut rozsuwały gęste warstwy mroku. W błyszczących pod wodą łuskach karoserii odbijali się krabowaci sprzedawcy gazet. Utopieni kloszardzi. Wśród raf chodników płynęły w futrach zarzuconych na gołe ramiona różowe kobiety, sunąc z niewymuszoną sennością perłopławów. Za nimi podążali mężczyźni w długich płaszczach przykrywających balowe smokingi. Mienili się seledynowo. Płetwy grzbietowe pulsowały rytmicznie. Puszczając nosem pęcherze powietrza, dźwigali kieszenie napuchłe starym złotem. Wirowali w takt przypływow i odpływów krwi. Oceanów pożądania. W bramie zobaczył pijaną prostytutkę przypartą do ściany zwalistym ciałem żandarma. On miał łapy ośmiornicy, ona rybi ogon. Wygięła biodra. Zadarła głowę. Tańczyli podwodny taniec medus. Mężczyzna w mundurze pogroził mu drewnianą pałką, obrosłą w wodorosty.
        — Raus ! — wyszczekał.
       Kurt splunął pod nogi. Zginiecie wszyscy, przeklął i popchnął mocniej wózek. Ciężkie głowy kamienic pochyliły nad nim pomarszczone twarze. Puste oczodoły okien patrzyły śmiertelnie nieobecne. Czoła dachów groziły upadkiem.
    Okrążył hotel łukiem, zostawiając po lewej pomnik cesarza Wilhelma I, sterczącego kretyńsko na koniu w otoczeniu skrzydlatych potworów. Minął potężną bryłę Stadtheater, podpartą kolumnami greckich świątyń. Gdy ujrzał rozległą nicość Schloßplatz, którą kroiły światła gazowych latarń, ustawionych wzdłuż miejskiej fosy, skrył się w cieniu wąskiej ulicy. Tu było spokojniej. Księżyc bezwstydnie obnażał swe starcze ciało z ulgą mocząc je w nędznych kałużach. Kurt węszył za odpadkami.
     Pochylał się nad skrzynką z zepsutymi małżami, gdy dostrzegł jej zgrabne buty na wysokich obcasach. Stała pod murem kościoła Dorotheenkirche i uśmiechała się ustami dziecka. Jej rude włosy w srebrnym świetle wydawały się całkiem czarne. Oczy miała wielkie i dalekie. Jak komety. Wrócił do pracy. Gówno go obchodzą te wszystkie bogate dziwki. Musi znaleźć coś do żarcia i dobre rzeczy do sprzedania. Taka kurwa może tu stać i całą noc, ale on musi się porządnie namęczyć. Inaczej marnie skończy. Podniósł głowę. Łydki wystające spod brązowej sukni, ciągnęły jak okrętowa lina. Spokojnie, Kurt, powtarzał sobie, oddalając się nieznacznie od śmietnika, taka suka musi tu gdzieś mieć swojego basiora. Za słabe masz zęby, stary. Za tępe pazury.
       — Kurt — usłyszał i zdębiał. — Chodź do mnie, Kurt...
     Rudowłosa patrzyła mu w oczy. Rozchyliła usta. W rozcięciu spódnicy błysnęło kolano.       Przełknął ślinę. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz dotykał obcego ciała. Ruszył niepewnie. Kobieta rozpięła płaszcz. Pod błyszczącą bluzką rysowały się dojrzałe piersi. Wyciągnął rękę.
      — Chodź — powtórzyła i skryła się we wnęce kościelnego muru.
      Pokuśtykał bezwolnie.
    Zatrzymał się, gdy plecami dotknęła gotyckich cegieł. Czuł ciepło jej szczupłego ciała. Widział materiał bluzki unoszony oddechem. Przycisnął się do niej swym grubym cielskiem. Chciwymi wargami otoczonymi posiwiałą brodą sięgnął w załamanie łabędziej szyi. Na mgnienie ujrzał tam znamię w kształcie łzy. Poczuł, jak w brudnych spodniach twardnieje mu napalony guz. Już ja ci dogodzę, burknął, obmacując ją tłustymi paluchami. Ciało miała jak wrzącą rtęć.
     Zadarł jej spódnicę i dobrał się do nagich pośladków. Ślizgały mu się ręce. Rozpaczliwie sapiąc, rozpiął rozporek i ugiął nogi, żeby dotrzeć swym zaganiaczem do najgłębszej rozkoszy.
Wtedy poczuł uderzenie zębów.


2


           Bruno Jasieński obrócił się gwałtownie na bok. Źle spał i budził się łatwo, męczony wypitym alkoholem. I wspomnieniami. Zdawało mu się, że poprzez szum nocnego miasta usłyszał przeraźliwe wycie zarzynanego człowieka. Jestem przewrażliwiony, użalił się nad sobą. Wszystko przez tę cholerną poezję.
      Bruno był poetą. Poetą, który uciekł sprzed plutonu egzekucyjnego. Jego wielka przybrana ojczyzna wielbiła ludzi płodzących słowa, ale Bruna zmęczyła ta adoracja. Zapragnął normalnego życia. Świata, w którym wybitni poeci nie karczują tajgi. Gdy inni ginęli w wiecznych śniegach, albo od kul zbawicieli ludzkości, jemu udało się uciec. To cud, w który sam do końca nie wierzył.
      — Może mnie nie ma — skrzywił się boleśnie, gdy wypity alkohol zachlupotał pod czaszką. — Może jestem żywym trupem?
     Skopał kołdrę i podszedł do okna. Trzydzieści trzy lata walecznego życia uczyniło z niego mężczyznę odpornego na przeciwności. Ale żelazny mechanizm rdzewiał. Przygarbił się, wyłysiał. Ciągle jednak był szczupły, cyniczny i niebezpiecznie inteligentny. Należał do tego typu samców, którzy powodzenie u kobiet zachowują do późnego wieku. Wyjrzał na rozległy plac przed hotelem. Breslau spało drażliwym snem głodnego drapieżnika.
     — Pieprzone Szwaby — zagryzł wargi. — Muszę stąd znikać, zanim przerobią mnie na abażur do lampy.
      Jego matka była Żydówką, która zakochała się w lekarzu z małego miasteczka, gdzieś na wschodzie Polski. Dawała mu swej mojżeszowej szparki, dopóki mógł z niej korzystać. Gdy alkohol odebrał mężowi męskość, na obiekt swych kobiecych tęsknot wybrała młodego gimnazjalistę. Stary lekarz pijak prał ją po piegowatym pysku, wrzeszcząc, że zabije taką żydowską kurwę, która daje wszystkim na rynku. Ona śmiała się histerycznie i wołała, że będzie to robić nawet z psem, jeżeli tym go wykończy. Mały Bruno nie mógł zrozumieć, dlaczego bliscy mu ludzie krzywdzą się tak okropnie. Jedyną czułą dla niego istotą była siostra, Renia.
     — Siostrzyczko — westchnął, wpatrzony w martwy budynek Stadtheater po drugiej stronie ulicy. — Gdybyś żyła, moja historia nie przypominałaby wiadra z pomyjami.
     Zobaczył cień ludzkiej sylwetki na murze. Ścisnęło go w dołku. Złudzeniem pamięci dostrzegł w nim zarys ciała swej ukochanej siostry. Wychylił się przez okno. Do hotelu wchodziła szczupłą kobieta o rudych włosach. Aż westchnął, tak była podobna.
Odwrócił się i podszedł do stołu, gdzie stała butelka z resztką wódki. Walcząc z wymiotnym odruchem, podniósł ją do ust i przełknął duży haust.
     — Największy Literat nie postawił jeszcze ostatniej kropki w moim poemacie — pocieszył się niemrawo i wrócił do łóżka. Wiercił się długo na twardym materacu. — Ile marek kosztuje bilet do raju?
     Czekała go kolejna bezsenna noc.


3


      Inge Bartsch siedziała na sedesie w łazience hotelowego apartamentu i rozmyślała o niczym.
        Była dwudziestodwuletnią artystką kabaretową. Rude włosy, małe piersi, twardy brzuch. Od sześciu lat grała na fortepianie i śpiewała w knajpach i teatrzykach niemieckich miast. Bonn, Monachium, Frankfurt. W Berlinie zabawiła dłużej, bo poznała tam Finka, komunizującego reżysera teatralnego. Fink w skrzypiących łóżkach tanich nor edukował ją klasowo, a ona prała jego komunistyczne gatki. Lecz wyzwalanie proletariatu szybko ją znudziło.
      — Moja łechtaczka jest ważniejsza od twojego Marksa — wyjaśniła mu dialektykę odejścia.
Zmęczona bezskutecznym podbijaniem stolicy, dała się poderwać grubemu plantatorowi z Argentyny. Czekoladowy i okrągły jak pataty Garcia obsypał ją podarkami i obiecał zabrać do swego malarycznego kraju. Na razie wylądowali w Breslau, gdzie on prowadził podejrzane interesy, a ona włóczyła się nocnych kabaretach. Piła tequilę i paliła trawkę. Na rauszu siadała do pianina i śpiewała sentymentalne piosenki. Gdy wprawiła się w stan odurzenia, zaczepiała obcych mężczyzn i opowiadała im swoje życie. Pod powiekami błyszczały klejnoty łez.
      Przed wejściem do wanny zaglądnęła do lustra. Z tafli szkła patrzyła na nią przestraszona dziewczyna o podkrążonych oczach. Męczyło ją wspomnienie snu. Nocne miasto i dojmujące poczucie pustki. Zanurzyła się w pianie.
      Z ciepłą wodą przypłynęło uspokojenie. Na szczupłą twarz wyjrzał zza kulis smutku uśmiech. Ukłonił się niepewnie. Nabrała w obie ręce białej miękkości. Stuliła wargi. Dmuchając rozrzuciła migotliwe strzępy po lśniącym błękicie porcelanowej posadzki. Roześmiała się.
Zmiany humoru nie były dla niej niczym szczególnym. Przeskakiwała z nastroju w nastrój, bez sygnałów ostrzegawczych. Wiedziała, że radość i rozpacz to w gruncie rzeczy to samo uczucie. Cała sztuka polega jedynie na odpowiednim dawkowaniu przerw. Oparła dłonie na brzegach wanny i powoli się zanurzyła. Patrzyła od spodu na brzuch piany, wyobrażając sobie, że jest różowym ślimakiem na dnie oceanu.
      Zawinięta w biały ręcznik przeszła do pokoju, zostawiając wilgotne ślady stóp. Wtedy nagłym obrazem wrócił do niej sen. Nocne miasto kręcące się na oszalałej karuzeli. Umykająca spod nóg ziemia. Poczuła, że traci równowagę. Oparła się wyciągniętą ręką o ścianę i padła na podwójne łóżko.
        Na prześcieradle, które nocą służyło jej za pole zmagań z balonem cielska argentyńskiego konkwistadora, przytuliła mokrą głowę do poduszki. Czuła się samotna. Zawsze czuła się samotna. Odkąd sięgała pamięcią, w czasie najlepszych chwil nie opuszczała jej świadomość, że zabawa wkrótce się skończy. Albo że dobra zabawa nie jest wcale taka dobra. Albo, że jest dobra, ale to tym gorzej, bo świat wokół był przez to jeszcze bardziej martwy. Nawet gdy kochała i szeptała wybranemu najczulsze słowa, przysięgi i zaklęcia, wiedziała, że to przecież na niby, że wszystko zaraz się skończy, a ona dalej będzie sama. Obca.
      Po policzku półnagiej Inge leżącej na małżeńskim łożu apartamentu Hotelu Monopol — w zaginionym mieście opuszczonego kraju wyludnionego globu gdzieś na krańcach wymarłego wszechświata — potoczyła się samotna łza.


4

         Carl Gustaw Jung spał w najlepsze, gdy ekspres z Zurychu wjechał ze zgrzytem hamulców na Hauptbahnhof. Szarpnięcie obudziło psychiatrę. Wstał, zdjął z półki małą walizkę i wyszedł na peron. Przeciągnął się dyskretnie. Wokół cielska pociągu, wśród kłębów pary zaroiło się od granatowych bagażowych i zaspanych podróżnych. Przeciskając się przez tłum pięćdziesięciosiedmioletni mężczyzna wyszedł na mroźny poranek. Przed pseudogotyckim gmachem dworca Breslau leżało skręcone konwulsyjnym koszmarem.
     Przyjaciele odradzali mu wizytę w ogarniętym szaleństwem mieście. Ale zaproszenie dyrektora tutejszej kliniki brzmiało niezmiernie ekscytująco. Miał u siebie bardzo rzadki przypadek schizofrenii. W sam raz do jego najnowszej pracy. Jung po namyśle doszedł do wniosku, że krótka wizyta nie grozi mu niebezpieczeństwem. A pożytki płynące z bezpośredniej obserwacji mogą być nieocenione.
       Wsiadł do taksówki i jadąc przez pogrążone w letargu ulice zastanowił się nad przerwanym w pociągu snem. Wielki biały ptak zataczał koła nad oceanem. Był samą wolnością i pięknem. Mandala, pomyślał psychiatra. Lot ponad oceanem to piękny archetyp. Zwiastuje przemianę, nowe życie...
    Wysiadł przed Hotelem Monopol i zastukał w zamknięte jeszcze drzwi. Otworzyła mu recepcjonistka o zmęczonej twarzy.
      — Mam rezerwację — wyjaśnił z przepraszającym uśmiechem. — Właśnie przyjechałem z Zurychu.
      W hotelowym pokoju szybko rozpakował skromny bagaż i wziął prysznic. Przykrył się cienką kołdrą. Zamknął oczy. Podróże zawsze wprawiały go w lekką ekscytację. Czuł, jak w wokół przepływają skumulowane energie. Ludzkie tęsknoty i zwątpienia. Ślady jaźni osób związanych z tym miejscem. Jego świadomość otwierała się na nieznane. Wiedział, że każda zmiana w przestrzeni niosła szansę wewnętrznych odkryć. Nasycił się tym i wyciszył. Sen, jak czujna kochanka, położył mu ciepłą dłoń na czole. Śnił miasto...



1 komentarz: