piątek, 31 października 2014

Chcesz pisać? Walcz z bestią!

Mój kolega zarzeka się, że napisze powieść. Słyszę tę gadkę od dziesięciu lat. I co? I nic. Nawet nie zaczął. Czy to znaczy, że jest przegrany? Nie, on jest zahipnotyzowany!

Nastassia Kinski, fot. Richard Avedon,

Pamiętacie postać Josepha Granda z Dżumy Camusa? W czas grozy wspaniały ów urzędnik oddawał się syzyfowej czynności pisania prozy. "W piękny ranek majowy smukła amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego". Tak brzmiało pierwsze zdanie, które poprawiał latami. Szlifował do zatraty, aż go z roboty chcieli wylać. Wobec nieuchronności zarazy wysiłek ten miał swoją moc. I piękno. Ale biorąc pod uwagę fakt, że i tak prędzej czy później umrzemy - czy bezsiła mojego kolegi jest wspaniała? Czy niepisanie jest aktem odwagi? 

Skrytykuj mnie, krytyku!


Współczuję znajomemu, bo jest jak ślimak na patelni. Pali go pragnienie, a nie ma dokąd uciec. Siedzi w szponach największej bestii naszej cywilizacji. To potwór, który dręczy nas w każdej sekundzie życia. Krytyk wewnętrzny. Znacie go? Bo ja znam. To ten przyjemniaczek, który szepcze mi, że nie umiem, że są lepsi. Że niewiele jestem wart. Albo jeszcze gorzej - kiepscy są ci, z którymi żyję. Nie sposób go - mnie! - zadowolić. Wstrętny jamochłon, który pasie się mym złym samopoczuciem. Im gorzej się czuję, tym on bardziej rośnie. Skąd się wziął? Różnie mówią. Może to wirus? Może przybysz z Marsa? Może diabeł? Wyobrażam go sobie, jako quasi byt warujący gdzieś w zwojach mojego umysłu. Jest czujny jak cholera. Nie odpuszcza. W każdej sekundzie gotów wbić szpilę i ssać. Zaszczepia go nam dom rodzinny, infekcja idzie przez pokolenia. Zaszczepia świat. Dlaczego Ziemia jest okrągła? Bo od tysiącleci miażdżą ją zwoje kosmicznego potwora. Krytyka wewnętrznego.



Mój znajomy, co by chciał, a nie może pisać, miał ojca, który go dusił. Dosłownie. Więc dla niego wewnętrzny krytyk ma realną postać. Nic dziwnego, że trudno mu się z nim zmierzyć. Że wszelkie próby wydania swojego głosu kończą się niczym. Dla mojego kumpla pisanie to bitwa. Gdy ją wygra, popłyną słowa. Z krytykiem wewnętrznym nie można negocjować. To ciemna energia. Bardzo stara, cwana i mocna. Wszelkie próby dogadania się kończą się tak samo. W czarnej dupie.

Jak to wygląda na powierzchni? Mój znajomy jest przekonany, że zaraz zacznie pisać, jak tylko znajdzie trochę czasu. Gdy wyrwie się z kieratu firmy, którą trzeba rozkręcić,  rodziny, o którą trzeba zadbać i samochodu, który trzeba naprawić. Więc jest przekonany, że to tylko kwestia poukładania tych klocków. Świetnie. Póki tak myśli, nie musi stawiać czoła wewnętrznej bestii. Krytykowi. Jest usprawiedliwiony. Spokojnie może dopieszczać swojego konia. I amazonkę.

Znam to doskonale. Ileż czasu trwa zanim wezmę się za pisanie. Ileż miesięcy strawię, nim gorąca potrzeba pisania roztopi lodowiec niemożności. Zanim kopnę krytyka i powiem: piszę! Ja. Teraz. Tutaj. A wszyscy mogą mi skoczyć! Bo niepisanie jest bezpieczne. Póki nie ma słów na ekranie, nie boli. Nie muszę zmagać się z materią, z oceną innych i najgorszą - tą wewnętrzną. Jest w tym jeszcze jeden niuans, którego nie rozumiem, wyczuwam zaledwie. Otóż, póki słowa nie zostaną zapisane, czuję się wolny. Z każdą literą nieskończoność zostaje ograniczona. Zostaje goły tekst. Jeden, kulawy, zamknięty. Jakże płaski i marny wobec kosmosu możliwości, które przewalają się w mojej wyobraźni. Może z tego powodu ludzie nie chcą się pobierać? Bo wybierając jedną żonę (męża) pozbawiają się możliwości życia z innymi. Na szczęście istnieją rozwody!

Czy jest jakaś rada na tę niezniszczalną paskudę? Czy można wygnać precz krytyka wewnętrznego? Myślę, że najbliżej poradzenia sobie z nim był Huckellbery Finn, który w Przygodach Tomka Sawyera radził, jak pozbyć się kurzajek. Jak to szło? Weź zdechłego kota i idź koło północy na cmentarz zaraz po tym, jak pochowają jakiegoś bezbożnika. O północy przyjdzie diabeł i kiedy będzie zabierał duszę zmarłego, ciśnij za nim kota i wypowiedz formułkę: diabeł za trupem, kot za diabłem, kurzajki za kotem, już was nie ma!

No pięknie, a co mają robić ci, którzy nie mają kurzajek?  
Tym, no cóż, pozostają tak marne i nudne zajęcia, jak psychoterapia, medytacja lub szamanizm. Próbowałem wszystkiego, więc wiem, że działa. Ale jedno jest pewne - tej cholery nie da się zabić. Jest żywotna, jak karaluchy. Jedyne co można, to osłabić jej działanie. Trzeba uznać, że nosi się w sobie drapieżnika. I wciąż od nowa podejmować z nim starcie. Trudno, darmo - nie ma cudownych recept. Przez całe życie w każdej chwili musimy być uważni. Wyczuwać czy to, co słyszymy, to nasz rozsądek czy ten pieron, krytyk? Niech go anioł jebnie!*

(*) Cytat z powieści Córka Wokulskiego

PS Obiecaną największą tajemnicę prozy musiałem przesunąć. Wąż domagał się opisania. Ale w następnym kawałku zbliżę się do niej niebezpiecznie! Czuj duch!

Poprzedni odcinek:
Dlaczego czytelniczka czyta?

Następny odcinek:
Wszystko, co najważniejsze!

  Odcinek 4
                                                      Frustracja drugie imię pisarza   
http://romanpraszynski.blogspot.com/2014/12/chcesz-pisac-pokochaj-frustracje.html

Odcinek 5
Tajna broń pisarza. I pisarki!

Odcinek 6
Bohater poszukuje celu

czwartek, 30 października 2014

Zaraza krąży!

To jest jak ospa wietrzna. Wszyscy muszą przez to przejść. Mnie wirus dopadł za sprawą Magdallena Magazine. Choroba nosi nazwę Liebster Blog Awards - uważajcie, zarazki krążą w powietrzu!


Opis choroby jest prosty. Dostajesz jedenaście pytań. Musisz na nie odpowiedzieć. Potem układasz własne pytanie i zarażasz - ups, nominujesz! - kolejne osoby. A więc od dzieła!

1. Jaki jest Twój ulubiony cytat, inspirujący Cię do działania?
"Boisz się? W porządku, bój się i rób swoje!" - nie znam niestety autora. Za to znam człowieka, który mi to doradził. Dzięki, Zbyszku! 

2. Wolisz książki papierowe czy e-booki?
E-book to wciąż nieodkryty dla mnie ląd. Właśnie ruszam na podbój tej krainy. Wydaję własną powieść Córka Wokulskiego jako e-book. Bogini bitów - miej ją w opiece!

3. Najczęściej wybierasz papierowy notes czy może elektroniczny gadżet?
Równowaga. Albo rozkrok. W kalendarzu smartfona zapisuję wszystkie spotkania i imprezy. Dzwonek daje mi pewność, że nie nie zapomnę. A w notesie - na papierze! - zapisuję na szybko telefony, pomysły, sprawy do załatwienia. 

4. Co robisz, gdy brakuje Ci natchnienia do pisania?
Idę spać. Wypoczęty umysł sam załatwi problem.

5. Co oznacza dla Ciebie sukces?
Sukces, podobnie, jak seks - jest na literę "s". I o to chyba chodzi -żeby przeżywać życie ekStatycznie. 

6. Jaki masz stosunek do mody? Ulegasz obowiązującym trendom?
Ha, czy to na pewno pytanie do mnie? 

7. Jaki deser lubisz?
Oddam wszystko, oprócz żony, za dobrą, prawdziwą chałwę. Za dobrą kawę oddam nawet żonę. 

8. Czy zmieniłabyś/zmieniłbyś coś w swoich blogowych początkach?
Tak. Wcześniej chciałbym odkryć nieskończoną krainę Google+

9. Artysta, którego najbardziej cenisz?
Artystom to ja raczej nie ufam. Natężenie neurozy i egocentryzmu wprost proporcjonalne do rozgłosu i rangi. Za to cenię ich dzieła. Teraz nurzam się cały w "Zaślubinach Kadmosa z Harmonią" Roberto Calasso. To niezwykła opowieść o mitach greckich. Erudycja i język najwyższej próby. Szkoda, że Biblia już została napisana. Ten Włoch napisałby ją ciekawiej!

10. Miejsce, które lubisz najbardziej w swojej miejscowości? 
Warszawa jest jak patchwork. Składa się z wielu, nieprzystających do siebie części. Na szczęście niektóre z nich dają się lubić. Na przykład Park Skaryszewski. W stylu angielskim, łąki, stawy, lodziarnia w byłym zalecie. Wiewiórki żebrzące o orzechy. A do tego prezent od pani prezydent - siłownia pod chmurką.  Dobre miejsce. 

11. Wymarzony biznes, który chciałbyś/chciałbyś prowadzić?
Rozmawiałem niedawno z Michałem Witkowskim. Powiedział, że on nie jest pisarzem. Jest facetem produkującym powieści. Proszę bardzo. Firma: pisarz!

No dobra. Nie chce mi się układać aż tylu pytań. Ograniczę się do trzech:

1. Jakim zwierzęciem jesteś w łóżku? 
2. Gdybyś miała/miał napisać powieść swego życia - jaki tytuł by nosiła?
3. Tysiąc złotych do wydania na przyjemności - na co?

Nominuję - uwaga:

Krzysztof Jaworskihttp://krzysztofjaworski.blogspot.com/
Katarzyna Zwolińskahttp://miniowkaija.pl/
Martyna Praszyńska (to po znajomości!) - http://huffu.blogspot.com/

Ha, ha, ha, ha!!!!

sobota, 25 października 2014

Marycha jest dobra na wszystko!

Ta biografia zaczyna się, jak film Komasy. Powstanie Warszawskie, w budynek uderza bomba. Mały Krzyś wbiega do bramy i widzi rozrzucone kawałki ludzkiego mięsa. Jest głodny, woła do mamy: "Mięso, mięso". Rwie się, żeby jeść. Potem jest coraz weselej.


Fot. Wielka Litera
Jest wesoło, bo pan Krzysztof ma taką werwę, że samego Wojewódzkiego przegada. Oglądałem program, to wiem. Wielki ów aktor obrał sobie na życie strategię rozśmieszacza. Życie miał długie, bogate w przygody i trudy. Co bolesne, zapomniał. W końcu jak jest się żydowskim dzieckiem, które przetrwało wojnę i pogrom kielecki, jest dużo do niepamiętania. Lepiej zasłonić się zgrabnym bon motem, których w Takiej zabawnej historii pełno. Cierpienie zamienić na dowcip. Ja to rozumiem. Ja to popieram. Gdy umysł człowieka spotyka się z bólem zbyt wielkim, wypiera. I wtedy z życia pozostają zabawne anegdoty, jak ta, w której pan Krzysztof zapalił marychę, co mu ją Magda Dygat z Amsterdamu przywiozła. Zapalił i chciał siku zrobić. Ale jak wyszedł do przedpokoju, przepaść wielka mu się pod nogami otworzyła, ani kroku dalej. Wrócił więc do pokoju i skarży się Andrzejowi Dudzińskiemu, mężowi Magdy, że dziura wielka za drzwiami. A on musi. Andrzej się śmieje i radzi: "Wiesz co, lej w tę przepaść!". I jak pan Krzysztof usłyszał, tak zrobił...

Po co ludzie opowiadają swoje życie? Czy dlatego, jak wszędzie ostatnio rozpowiada Olga Tokarczuk, chwaląc się swoją nową powieścią - bo życie niezapisane umyka? Nie wiem. Ale wiem, że gdybym miał taka biografię, jak pan Krzysztof, paplałbym o niej do upadu. Bo to wielki aktor jest. I nie myślę, o tym, że wygląda, jak czołg. Myślę o tym, że zagrał w paru kultowych filmach. W Misiu na ten przykład. Albo Brunecie wieczorową porą. A szczególnie kocham go za danie kulturze polskiej tego chama i prymitywa, pana Sułka. Radiowy duet z Martą Lipińską, Kocham pana, panie Sułku wnosił smugę światła w mroczne lata mego dzieciństwa. 
Więc daruję mu, że o swoich romansach i żonach ledwie się zająknął. Wierzę mu, gdy mówi, że młodsza o trzydzieści jeden lat żona i młodsza o sześćdziesiąt trzy lata córka to największy dar jego życia. Ostatnia szansa, której nie chce spieprzyć. Patrząc z perspektywy takiej, że jego ojca zabili Sowieci, dziadkowie zginęli w obozie koncentracyjnym, a on przeżył i tyle osiągnął, jest wielkim szczęściarzem. Tak. Jest. Ale wiecie, co wam powiem? Każdy z nas, żyjących, jest. I mam nadzieję, że odpowiecie mi, jak ten nieznośny gbur, pan Sułek: "Cicho, wiem!".

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!


środa, 22 października 2014

Artystom wolno wszystko!

Panie Boże, dziękuję, że nie uczyniłeś mnie robakiem, ślimakiem lub wirusem Eboli. Trudno, dziękuję, że uczyniłeś mnie Polakiem. Lecz dlaczego, na miły Bóg, nie uczyniłeś mnie artystą?...

Mieszkanie Edwarda Krasińskiego, artysty niebieskiej linii.
fot. Zachęta.
Ta pani na zdjęciu artystką jest. Skąd wiem? Bo sama mi powiedziała. Kiedy jest artystką? Kiedy fotografuje się nago. Potem pokazuje swoje zdjęcia i wszyscy się cieszą. Pani nazywa się Aneta Grzeszy-kowska. Jak się ktoś tak nazywa, od razu go lubię!

Poszedłem sobie do Zachęty i obejrzałem zdjęcia, które pokazała Aneta. Kobieta robi w sztuce fotografii to, co ja próbuję robić w literaturze. Kopię kopii. Wzięła zdjęcia artystki Cindy Sherman, która w latach 70. zeszłego wieku pozowała na postaci filmów klasy B. Więc Amerykanka z założenia udawała. Wpisała się w istniejącą konwencję. Grzeszykowska ponad ćwierć wieku później zapozowała do  kopi  jej zdjęć. Powstało odbicie do kwadratu. Lustro lustra. Nie ma oryginału. Wszyscy odgapiamy od innych. Cienie cieni. A wygląda to tak:

Cindy Sherman, 1978.


Aneta Grzeszykowska, 2006.


Sherman


Grzeszykowska
Zdjęcia ściągnięte z bloga strasznasztuka2


Niezłe, co? Ale jeszcze lepsze jest to, co Aneta robi ze swoim facetem, Janem Smagą. Zarabiają pieniądze, robiąc dokumentację prac innych świrów. Wbijają się  im na chatę, albo na przykład dostają zamówienie od Zachęty. Idą tam ubrani i  po bożemu robią tę dokumentację. A gdy im się znudzi, rozbierają się i pstrykają fotki do prywatnego archiwum:

Foto. ze strony culture.pl
Oczywiście, gdy co do czego, wpuszczają nagie fotki w obieg. I są sławni. Zachęta ich pokazuje, jeżdżą na stypendia do Danii. Artyści! Dlaczego to robią? Mówili coś o zawłaszczaniu dzieł innych artystów. O wpakowywaniu ich w nowe konteksty. Ale tak naprawdę, podejrzewam, że po prostu to lubią. Lubią sobie pohasać nago. I pokazać się publice. Ja też to lubię. Może sam się nie rozbieram, ale w swoich powieściach rozbieram bohaterów. I każę im się kochać. Na przykład w Córce Wokulskiego Izabela Łęcka - tak, tak ta panna lalka! - uprawia seks na raz z pięcioma mnichami!




Ebook w empik.pl
Dlaczego o tym piszę? Bo świat nie jest sprawiedliwy. Ja też zajmuję się sztuką cienia. Kopiuję postaci wymyślone przez kogoś innego. Zdarzyło mi się nawet od nowa napisać Biblię. Ale gdy odważę się w swoich powieściach napisać coś o seksie, czytam komentarze, że jestem starym zbereźnikiem. Albo wykorzystuję ciała kobiet dla własnej reklamy. Nikt nie zaprasza mnie do Zachęty, nie wpisuje w obieg kultury wysokiej. A Aneta Grzeszy-kowska i Jan Smaga Naga hulają sobie, ile dusza zapragnie. I pochylają się nad nimi cmokając koneserzy sztuki. Katalogi, wystawy, stypendia. Ech, panie Boże, dlaczego nie stworzyłeś mnie na artystę?...

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!

czwartek, 16 października 2014

Chcesz pisać? Bój się Boga!...

Uwaga, zaczynam wirtualny kurs pisania. Z pierwszej ręki specjalnie dla Was tajemnice warsztatu pisarza. Nie taki diabeł straszny i na pochyłe drzewo baba z konia! Zatem zaczynajmy!
(Linki do kolejnych odcinków kursu - na końcu tekstu!)

Jak każdy podjarany małolat na początku układałem słowa, jak leci i orgazmowałem, że zdanie w ogóle ma sens. Długo to trwało, zdążyłem spłodzić kilka powieści. Dopiero kryzys twórczy zesłał na mnie błogosławieństwo wiedzy (uwiąd starczy?). Stało się to, gdy chciałem napisać powieść sensacyjną i nie umiałem. Męczyłem się z Córką Wokulskiego, w którą wsadzić chciałem i zamach na cara, i napad na pociąg pełen złota. Snuć intrygę zamierzałem i katastrofą zakończyć, a nawet dwiema. Jak to ogarnąć? Napisałem czterysta stron i z rozpaczą ujrzałem, że nie zawiązałem jeszcze głównego wątku. Wyrzuciłem plik kartek do cyfrowego kosza i oddałem się rozpuście. Lecz jak wiadomo, choroba sama jest lekarstwem. W kawiarni, gdzie przychodziłem pisać, była też księgarnia. Tam znalazłem podręcznik pisania, który otworzył mi oczy. Nie myślicie chyba, że sam z siebie jestem taki mądry?

Postrasz mnie, postrasz...


Gdy piszesz, pomyśl, że robisz to dla kogoś. Nie tylko dla własnej, zakrawającej o autoerotyzm, przyjemności. A czego chce czytelniczka i czytelnik? Chce się bać. Chce w absolutnie komfortowych warunkach - ciepły koc, kapcie, herbata z cytryną - przeżyć coś strasznego. Zagłada świata, wirus ebola? Proszę bardzo! Bomba wodorowa lub atak zombie z kosmosu? Oczywiście! A na deser nieudany romans lub chociaż rozbite małżeństwo. Skąd w nas ta potrzeba strachu? Czy to dziedzictwo Powstania Warszawskiego? O nie, sprawa sięga DNA. Człowiek jest zwierzęciem jaskiniowym. Nasza świadomość budziła się, gdy za sąsiadów mieliśmy niedźwiedzie i tygrysy szablozębne. Chwila nieuwagi i kończyliśmy jako przystawka. Kto się nie bał - nie żył. Zatem strach jest potrzebny. I nie mówcie, że cywilizacja nas od tego uwolniła. Gdybym notorycznie nie ostrzegał własnych dzieci, że ulica to niebezpieczeństwo (tygrys!) już nie raz władowałyby się pod koła.

Szukamy w sztuce lęku, przyjemnego dreszczu niepokoju - po coś jest nam to potrzebne, szczerze mówiąc, nie do końca wiem po co. Żeby oswoić strachy? Żeby wstrzyknąć sobie kroplę adrenaliny? Żeby po raz kolejny potwierdzić własną egzystencję, która nieuchronnie zmierza do cierpienia i śmierci? Może. W każdym razie to działa. Spójrzmy chociażby na Biblię, która ma kolosalne nakłady. Wielki Pisarz wiedział, że o raju nie da się długo opowiadać, bo nudy. Więc zaraz pojawił się wąż, a potem poszło: wypędzenie, Kain, wieża Babel i potop. Same dramaty. Przeciwności, z którymi muszą zmagać się bohaterowie literaccy. Tak, Bóg  doskonale zna się na niuansach pisarskiego warsztatu. Warto więc brać przykład z najlepszych. Dla  własnego - autora, autorki - dobra. 

Czy ktoś wątpi? Czy słyszę głosy: "Ależ ja szukam  w lekturze przyjemności, relaksu, wiedzy. A nie jakichś horrorów! Nie wciskaj chłamu". Ok, szukaj sobie.  Ale przypatrz się sobie, gdy sięgasz po romans, komedię romantyczną czy inny równie "lekki" utwór. Czy to nie perypetie budują w tobie napięcie? Chwytają Cię na pasek przyjemnego niepokoju? Czy Justynie uda się poderwać Romka? Czy on wybierze klasztor? Czy teściowa wygoni ją z domu? A może pani w sklepie sprzeda jej czerstwe pieczywo? Naprawdę, przeciwności czają się wszędzie. Nawet w bajkach dla dzieci. A zwłaszcza tam!

Więc nie bójcie się bać. Skoro strach jest tak pożądanym towarem, produkujcie go w nadmiarze. Ku uciesze waszych czytelników. I zaprawdę powiadam wam, nie chodzi o to, żeby bohaterów razić prądem, nasyłać na nich gwałcicieli, czy zmutowane wampiry. Dylemat: czy najpierw zjeść magdalenkę, a później sernik czy odwrotnie, również może postawić włosy na głowie waszych odbiorców. I tylko życzę z całego serca, aby to nie było przerażenie nudą!

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!

PS. W następnym odcinku największa tajemnica wiary - czym naprawdę jest proza? Wiedza o tym zmienia wszystko! 


Odcinek 2
Dlaczego nie możesz pisać?

Odcinek 3
Wszystko, co najważniejsze!


                                                                        Odcinek 4
                                                        Frustracja drugie imię pisarza   
http://romanpraszynski.blogspot.com/2014/12/chcesz-pisac-pokochaj-frustracje.html


Odcinek 5
Tajna broń pisarza. I pisarki!

Odcinek 6
Bohater poszukuje celu

sobota, 11 października 2014

Śpiewanie lepsze niż seks!...

To jedna z tych rzeczy, które lubię robić najbardziej! I nie mówię o seksie. Chociaż i tu, i tu trzeba mieć płuca, Sąsiadka, która mieszka pode mną, dobrze łączy obie rzeczy. Dziś w nocy śpiewała podczas miłosnych zbliżeń. Cały blok słuchał!


Więc jeżeli chcecie posłuchać, jak śpiewam o miłości, zapraszam w najbliższy poniedziałek na recital. Będę energetyczne piosenki i zadziorne teksty. Pisane przeze mnie i kolegów po fachu: Białoszewskiego, Broniewskiego, ks. Twardowskiego. Pewnie nie daruję sobie i powiem kilka słów o mojej powieści Córka Wokulskiego, co ją właśnie zamierzam wypuścić w formie e-booka. 

Poniedziałek 13 października
godz. 19.00

Warszawa
pl. Konstytucji 4
pierwsze piętro.

Wstęp wolny


Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!



środa, 8 października 2014

Cud dziewicy!

Jaka szkoda! Karpowicz za "Ości" dostał tylko Nike czytelników. Całą kasę zgarnął nikomu nie znany grafoman Modzelewski. No, przepraszam bardzo, co to za tytuł: "Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca"? Czysta grafomania!...



No, trudno. Ale za rok sprawiedliwość zatriumfuje. Bo za rok Nike wygra "Cud". Więc biegnijcie do księgarń, żeby już dziś przeczytać dzieło. A komu kasy szkoda, to mu streszczę. "Cud" leci tak:

Za górami, za lasami żyła sobie piękna królewna Klinga. Cud dziewica, za którą szalało okoliczne rycerstwo. Niestety, zły czarownik zamknął ją w wieży i postawił na straży okropnego smoka. Kto potwora zwycięży i królewnę uwolni, ten zyska prawo do jej ręki. I konta. Dużo chętnych się zjechało w zbrojach błyszczących z kopiami długimi. Na próżno. Smok potworny ogniem rzygał i odganiał absztyfikantów. A tam na górze w wysokiej wieży biedna Klinga marniała nieruszana.

Lecz w królestwie żył dzielny Kopciuszek, najmłodszy z trzech braci. Bracia byli źli i wciąż posyłali Kopciuszka po wódę do Baby Jagi. Któregoś dnia Kopciuszek zabłądził w krzakach i usłyszał taką rozmowę:
- Głupie te rycerze - mówił pierwszy skrzat. - Smoka się boją, a przecież jest na niego sposób.
- Jaki? - dopytywał drugi skrzat.
- Trzeba zdjąć buty i na bosaka przejść koło jamy potwora. Smok jest trochę przygłuchy, nie usłyszy. A rycerze w swoich zbrojach hałas robią okropny i dlatego zmykać muszą w podskokach.

Ucieszył się bardzo Kopciuszek. Rzucił do rowu butlę samogonu, co ją dla braci dźwigał i  pognał na wysoką górę, dziewicę uwalniać. Gdy do jamy smoka dotarł, trzewiki zdjął i na paluszkach obok smyrgnął. "Udało się!", zawołał w duchu bezgłośnie, żeby gada nie budzić. Już jest pod wieżą, zasuwę otwiera, samotną Klingę uwalnia. Piękna jest dziewica, włosy blond do pasa, piersi, jak dwa jagnięta białe, puszyste. Przypadają do siebie szczęśliwi. Obejmuje Kopciuszka królewna, do łona przyciska.
- Mój ty będziesz - mówi królewna. - Wreszcie się doczekałam.

Kopciuszek nie protestuje. Może by i stanął okoniem, ale boi się dziewicę urazić, jeszcze się rozmyśli i numeru konta odmówi? Więc stoi jak słup, gdy ona przyciska go coraz mocniej. I całuje, jakby skórę chciała zedrzeć. I nagle rzecz straszna się dzieje. Piękne oblicze Klingi odmienia się, paszcza, jak u bazyliszka, kły w niej, jak obcęgi. Nachyla się potworzyca nad szyją biednego chłopca i zaciska szczenę, jak kopara.

Oddałby ducha biedny Kopciuszek w pułapkę strzygi zwabiony! Na szczęście z lasu smok obudzony wypełzł i pacnął królewnę ogonem. Oderwała się od nieszczęsnego chłopca i o mur wieży walnęła. Leży teraz nieprzytomna na ziemi, a Kopciuszek krwawi.
- Oj, ty głupolu - warczy smok i Klingę na powrót w wieży zamyka. - Zaraz się tobą zajmę.

Zaprowadził smok Kopciuszka do jamy, ranę opatrzył, nakarmił i przyhołubił. Nie wrócił już Kopciuch do złych braci. O, nie. Ze smokiem zżył się bardzo, zwłaszcza, gdy okazało się, że to królewicz zaklęty, który nocami do ludzkiej swej postaci wraca. Od tej pory za dnia pilnowali Klingi, odganiając naiwniaków, którzy szli do niej jak do miodu. A nocami... no, cóż to bajka, nie będziemy gorszyć maluczkich.

I żyli by sobie cudownie, gdyby nie wirus, co do krwi Kopciuszka się dostał. Którejś nocy Kopciuch zagryzł smoka i do lasu uciekł.

Tak, tak. Związki konkubenckie to żaden cud...

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!





piątek, 3 października 2014

Kobiety do pisuarów!

Jeżeli uciekam z premiery Kupca weneckiego w przerwie, to czy to jest dobra recenzja spektaklu? Nie wiem, mnie tam najbardziej w Dramatycznym podobała się toaleta damsko-męska!


Jak zwykle wpadłem w ostatniej chwili i pognałem do toalety, żeby nie męczyć się potem w czasie spektaklu. Pełen pęcherz zabija najlepszą sztukę. Ale co to? W toalecie męskiej pełno kobiet! Koedukacja. Czego to dyrektor Słobodzianek nie wymyśli, żeby rozerwać publikę. Stanąłem skonsternowany w drzwiach.
  - Panowie do kabin, panie do pisuarów - uśmiecha się do mnie jakaś kobieta myjąca ręce przy umywalce.
  - Panie do pisuarów, panowie do zlewu - dodaje druga.
A niech tam. Przetrzymam. Uciekam na widownię.

W sumie koedukacyjna toaleta pasuje do Kupca weneckiego, bo tam dużo przebieranek damsko-męskich. Ale o czym ta sztuka? A o tym, że zły Żyd chce wykroić funt mięsa z ciała dobrego chrześcijanina. I o tym, że żonę można wygrać na loterii. Czy to możliwe?  Nie wiem, gdyż uciekłem w przerwie. Razem ze mną uciekł znajomy, wołając z żydowskim zaśpiewem: "Po co ta sztuka powstała? Ja nie wiem". Ja też nie wiem. Ale może wie to pani Aldona Figura, reżyserka. Jeżeli chcecie ją zapytać, podaję telefon do kasy Teatru Dramatycznego:

22 656 68 44

A siku zrobiłem w domu...

Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!


czwartek, 2 października 2014

Jak to robią wikingowie?

Jak to robią pisarze, wiadomo. Cała Polska huczy o miłości w blasku Nike. Nawet tabloidy zaczęły pisać o literaturze. Ale zapewniam Was, że dopiero poeci - ci potrafią zaskoczyć mieszczan. Mi buty spadły!

via Blog diabelski
Ale po kolei. Byłem na wieczorze promocyjnym pisma literackiego eleWator. Co to takiego? No wiecie - na papierze eseje, recenzje, wiersze. Generalnie, nudy. A że działo się to w Muzeum Broniewskiego to nudy jeszcze większe. Smutna ta willa poety. Nic dziwnego, że się biedak zapił. A wracając do wieczoru, Leszek Szaruga, poeta o twarzy zapaśnika, powiedział, że pamięta czasy, gdy wyczekiwało się na nowe egzemplarze Twórczości lub Odry. A dziś nikt nie kupuje niczego. Niesamowite, mnie też kiedyś kręciły pisma literackie. Czytałem. A dziś? Co się stało? Ja się zmieniłem? Czy świat? Czy internet tak nam zorał mózgi, że gdy tekst ma więcej niż trzy linijki, rozglądamy się bezradnie dookoła w poszukiwaniu pomocy?...

Redaktorzy  eleWatora.
Widać Leszka Szarugę i Adama Wiedemanna.
No wiec trochę przysypiałem, gdy redaktorzy-autorzy opowiadali o swoim papierowym dziecku. Z ulgą doczekałem końca i złapałem za kieliszek wina. Wtedy napatoczył się znajomy poeta.
  - Co u ciebie? - zagaił nieśmiertelną frazą.
Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że wszystko dobrze, dzieci zdrowe.
  - A ty masz dzieci? - pytam poetę.
  - Jestem dziadkiem.
Gratuluję, ale słyszę, że jego córka nie wie, że jest jej ojcem. Więc on nie zna wnuka. Nawet nie wie czy to chłopiec, czy dziewczynka. 
Otwieram gębę.
  - Znikający dziadek? - pytam z głupia frant.
  - To było trzydzieści lat temu - odpowiada poeta - miała osiemnaście lat, a jej mąż był bezpłodny. Pocieszałem ją. Potem miała jeszcze inne dzieci i innych facetów.
  - Kurczę!
  Poeta się rozkręca.
  - Jak dowiedziałem się, że jest babcią, to poczułem obrzydzenie. Ale jak sobie przypomnę, to pierdoliła się koncertowo. Najlepiej wyszkolona! Warto było...
Piję wino, żeby mieć chwilę na przetrawienie.
  - Nie chciałbyś się ujawnić?
Poeta wzrusza ramionami.
  - To delikatna sprawa...
No, ja myślę!


Zapomniałem o wszystkim, co mówiono na wieczorze eleWatora. Zwierzenia poety przykryły wszystkie wysiłki redaktorów-autorów. Więc żywcem przytoczę, co przeczytałem o Wikingach w piśmie literackim wydawanym przez Fundację Literatury imienia Henryka Berezy:

"Kodeks rycerski Wikingów zawierał dokładny przepis na dobijanie rannych rycerzy. Sztuka dobijanie polegała na tym by odwrócić pokonanego na brzuch (rycerze, jak wiadomo, nie dbają o zbroję na plecach, taki defetyzm nie leży ani w stylu rycerza ani w jego naturze), odrąbać mieczem żebra od kręgosłupa i wypruć płuca na zewnątrz. Z poranionych lecz pracujących jeszcze płuc krew tryskała wyśmienicie". 
Marek K. E. Baczewski


Jesteś na blogu autora Córki Wokulskiego!