piątek, 31 października 2014

Chcesz pisać? Walcz z bestią!

Mój kolega zarzeka się, że napisze powieść. Słyszę tę gadkę od dziesięciu lat. I co? I nic. Nawet nie zaczął. Czy to znaczy, że jest przegrany? Nie, on jest zahipnotyzowany!

Nastassia Kinski, fot. Richard Avedon,

Pamiętacie postać Josepha Granda z Dżumy Camusa? W czas grozy wspaniały ów urzędnik oddawał się syzyfowej czynności pisania prozy. "W piękny ranek majowy smukła amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego". Tak brzmiało pierwsze zdanie, które poprawiał latami. Szlifował do zatraty, aż go z roboty chcieli wylać. Wobec nieuchronności zarazy wysiłek ten miał swoją moc. I piękno. Ale biorąc pod uwagę fakt, że i tak prędzej czy później umrzemy - czy bezsiła mojego kolegi jest wspaniała? Czy niepisanie jest aktem odwagi? 

Skrytykuj mnie, krytyku!


Współczuję znajomemu, bo jest jak ślimak na patelni. Pali go pragnienie, a nie ma dokąd uciec. Siedzi w szponach największej bestii naszej cywilizacji. To potwór, który dręczy nas w każdej sekundzie życia. Krytyk wewnętrzny. Znacie go? Bo ja znam. To ten przyjemniaczek, który szepcze mi, że nie umiem, że są lepsi. Że niewiele jestem wart. Albo jeszcze gorzej - kiepscy są ci, z którymi żyję. Nie sposób go - mnie! - zadowolić. Wstrętny jamochłon, który pasie się mym złym samopoczuciem. Im gorzej się czuję, tym on bardziej rośnie. Skąd się wziął? Różnie mówią. Może to wirus? Może przybysz z Marsa? Może diabeł? Wyobrażam go sobie, jako quasi byt warujący gdzieś w zwojach mojego umysłu. Jest czujny jak cholera. Nie odpuszcza. W każdej sekundzie gotów wbić szpilę i ssać. Zaszczepia go nam dom rodzinny, infekcja idzie przez pokolenia. Zaszczepia świat. Dlaczego Ziemia jest okrągła? Bo od tysiącleci miażdżą ją zwoje kosmicznego potwora. Krytyka wewnętrznego.



Mój znajomy, co by chciał, a nie może pisać, miał ojca, który go dusił. Dosłownie. Więc dla niego wewnętrzny krytyk ma realną postać. Nic dziwnego, że trudno mu się z nim zmierzyć. Że wszelkie próby wydania swojego głosu kończą się niczym. Dla mojego kumpla pisanie to bitwa. Gdy ją wygra, popłyną słowa. Z krytykiem wewnętrznym nie można negocjować. To ciemna energia. Bardzo stara, cwana i mocna. Wszelkie próby dogadania się kończą się tak samo. W czarnej dupie.

Jak to wygląda na powierzchni? Mój znajomy jest przekonany, że zaraz zacznie pisać, jak tylko znajdzie trochę czasu. Gdy wyrwie się z kieratu firmy, którą trzeba rozkręcić,  rodziny, o którą trzeba zadbać i samochodu, który trzeba naprawić. Więc jest przekonany, że to tylko kwestia poukładania tych klocków. Świetnie. Póki tak myśli, nie musi stawiać czoła wewnętrznej bestii. Krytykowi. Jest usprawiedliwiony. Spokojnie może dopieszczać swojego konia. I amazonkę.

Znam to doskonale. Ileż czasu trwa zanim wezmę się za pisanie. Ileż miesięcy strawię, nim gorąca potrzeba pisania roztopi lodowiec niemożności. Zanim kopnę krytyka i powiem: piszę! Ja. Teraz. Tutaj. A wszyscy mogą mi skoczyć! Bo niepisanie jest bezpieczne. Póki nie ma słów na ekranie, nie boli. Nie muszę zmagać się z materią, z oceną innych i najgorszą - tą wewnętrzną. Jest w tym jeszcze jeden niuans, którego nie rozumiem, wyczuwam zaledwie. Otóż, póki słowa nie zostaną zapisane, czuję się wolny. Z każdą literą nieskończoność zostaje ograniczona. Zostaje goły tekst. Jeden, kulawy, zamknięty. Jakże płaski i marny wobec kosmosu możliwości, które przewalają się w mojej wyobraźni. Może z tego powodu ludzie nie chcą się pobierać? Bo wybierając jedną żonę (męża) pozbawiają się możliwości życia z innymi. Na szczęście istnieją rozwody!

Czy jest jakaś rada na tę niezniszczalną paskudę? Czy można wygnać precz krytyka wewnętrznego? Myślę, że najbliżej poradzenia sobie z nim był Huckellbery Finn, który w Przygodach Tomka Sawyera radził, jak pozbyć się kurzajek. Jak to szło? Weź zdechłego kota i idź koło północy na cmentarz zaraz po tym, jak pochowają jakiegoś bezbożnika. O północy przyjdzie diabeł i kiedy będzie zabierał duszę zmarłego, ciśnij za nim kota i wypowiedz formułkę: diabeł za trupem, kot za diabłem, kurzajki za kotem, już was nie ma!

No pięknie, a co mają robić ci, którzy nie mają kurzajek?  
Tym, no cóż, pozostają tak marne i nudne zajęcia, jak psychoterapia, medytacja lub szamanizm. Próbowałem wszystkiego, więc wiem, że działa. Ale jedno jest pewne - tej cholery nie da się zabić. Jest żywotna, jak karaluchy. Jedyne co można, to osłabić jej działanie. Trzeba uznać, że nosi się w sobie drapieżnika. I wciąż od nowa podejmować z nim starcie. Trudno, darmo - nie ma cudownych recept. Przez całe życie w każdej chwili musimy być uważni. Wyczuwać czy to, co słyszymy, to nasz rozsądek czy ten pieron, krytyk? Niech go anioł jebnie!*

(*) Cytat z powieści Córka Wokulskiego

PS Obiecaną największą tajemnicę prozy musiałem przesunąć. Wąż domagał się opisania. Ale w następnym kawałku zbliżę się do niej niebezpiecznie! Czuj duch!

Poprzedni odcinek:
Dlaczego czytelniczka czyta?

Następny odcinek:
Wszystko, co najważniejsze!

  Odcinek 4
                                                      Frustracja drugie imię pisarza   
http://romanpraszynski.blogspot.com/2014/12/chcesz-pisac-pokochaj-frustracje.html

Odcinek 5
Tajna broń pisarza. I pisarki!

Odcinek 6
Bohater poszukuje celu

15 komentarzy:

  1. Dobrze to ująłeś :) Ja skorzystam z rady Huckellbery Finna jeszcze dziś:) Kot sąsiadów strasznie mnie wkurza, a więc będzie z pożytkiem dla mnie i weny twórczej.
    Nie cierpię tego gada krytyka, zwalczam go na raty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I co, byłaś na cmentarzu? Czas odpowiedni... Dziady...

      Usuń
  2. Ciekawy post. Krytyk wewnętrzny niestety często blokuje i przytłacza, odbierając radość i dołując. Warto jednak zawalczyć i starać się rozwijać swoją pasję i spełniać marzenia, gdyż życie mamy tylko jedno :).

    OdpowiedzUsuń
  3. Krytyk wewnętrzny to niezniszczalny sukinsyn. Wątpię, czy da się go wyrzucić wraz z kotem, on ma włazi w jestestwo jak Obcy. Według mnie jeszcze gorsi od niego są krytycy zewnętrzni. Nie dalecy i bezimienni, ale bliscy, ci, od których powinno się otrzymywać wsparcie i zachętę. A tymczasem słyszy się słowa: Ty chcesz pisać?! Przestań się wygłupiać. Przecież ty nic nie umiesz. Nic ci z tego nie wyjdzie. Nie ośmieszaj się.
    Wielokrotnie słyszałam takie wypowiedzi i upłynęło bardzo dużo czasu, zanim udało mi się przełamać blokadę i zacząć pisać. A jak już napisałam, to najbliższa mi osoba nie wykazała najmniejszego zainteresowania moim dziełem. Nie żebym uważała, iż napisałam bestseller, ale przecież nie przeczytawszy ani linijki, nie sposób ocenić, czy jest to coś warte. No cóż, milczenie też może być formą wypowiedzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Współczuję takich "bliskich", Gratuluję, że znajdujesz w sobie moc do stawiania na swoim. Trzymam kciuki! :)

      Usuń
    2. Dziękuję! Każde dobre słowo karmi moje nadwątlone ego!
      Nie jestem młodą panienką i życie nauczyło mnie, że liczyć powinnam tylko na siebie. Więc zmagam się z sobą od roku i próbuję cię nie poddawać. Jak na razie zwyciężam, bo zaczęłam pisać trzecią.
      Może zostanę polskim Rossem MacDonaldem?
      Pozdrawiam i życzę , by palce same latały po klawiaturze.

      Usuń
  4. Mój wewnętrzny krytyk często się odzywa niestety. Ale już nauczyłam się z nim żyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to wielka sztuka. Nie tylko przy pisaniu! ;)

      Usuń
  5. Ten wasz / nasz wewnętrzny krytyk to nic strasznego. Gdyby dane nam było wyjść z siebie, stanąć obok i popatrzeć na swoje zachowanie, żadne z nas by się nie poznało. Dlatego że wewnętrznie jesteśmy zupełni innymi ludźmi niż nas postrzega otoczenie. Każdy Kowalski, ocenia innych przez pryzmat swoich doświadczeń, i przez własne "okulary" których kształt jest niezliczenie różnorodny. To co nasz "wewnętrzny krytyk" ocenia jako złe, beznadziejne i do dupy, inni mogą ocenić jako bardzo wartościowe. Tak naprawdę nie wiemy co myśleli wielcy o swoich dziełach, dopóki nie zdobyli się na odwagę skonfrontować swoich dzieł z opinią publiczną. Z tym krytykiem wewnętrznym jest jak z żoną ładną żoną- wszyscy widzą jej urodę i wdzięk, a tylko mąż i kochanek ogląda zmarszczki i celulit.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wewnętrzny krytyk? Ten ktoś towarzyszy mi zawsze i wszędzie! Często z nim wygrywam, dzięki wiedzy, znajomym, anonimowości, pewności siebie, różnie bywa.
    Ten post bardzo do mnie trafił :) Kiedyś sama próbowałam pisać, nawet wyszło mi "coś" co miało 100 stron, ale na tym się skończyło, zostało na komputerze i czeka aż kiedyś coś z tym zrobię. Może zrobię? Uciszę wewnętrznego krytyka i pozwolę losowi zdecydować :D
    Pozdrawiam
    artemis-shelf.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powodzenia! Każde pisanie i wydawanie to przygoda. Nie warto sobie ich odmawiać! :)

      Usuń
  7. Oj wredna bestia. Niestety przychodzi mi się z nią zmagać każdego dnia. Najgorsze są standardowe wymówtki: aaa bo trzeba zająć się studiami... wyszedł nowy odcinek serialu... nie, no dzisiaj nie.
    To niepojęte jak można tak bardzo chcieć i jednocześnie tak bardzo nie potrafić się z tym zmierzyć...

    OdpowiedzUsuń
  8. Ta bestia mnie wykańcza. Piszę jedną powieść już cztery lata. A konspekt odleżał prawie 10. Z innymi, 14 poszło łatwo, ale nie znaczy że szybko. Każdą ta bestia krytykowała. Musiałam ją zagłuszać, ba! przekrzykiwać; Wydam, słyszysz?! Wydam ją, czy ci się to podoba czy nie. W końcu mąż kolejno wysyłał do wydawców. Bestia mnie pokonała. Trzeba więc było podstępu. Czasem myślę, że to chore, by jedno słowo wałkować w kółko, by zamieniać, kombinować tylko po to by i tak wrócić do punktu wyjścia. Czytając post miałam wrażenie, że wkradł się Pan w mój umysł. Świetny wpis. Pokonać wewnętrznego krytyka? Nie umiem, bywa że idę z nim na układ. Nie ma kompromisu, po prostu coś za coś. Podsuwam mężowi, proszę by przeczytał, potem podrzucam kilku innym osobom i proszę aby ten kto uzna to za warte zachodu, wrócił do męża i szepnął mu słówko na ucho. I Henryk działa. A ja siedzę - bo tak też bywa - w kącie i obgryzam... ołówek, którym najchętniej bym wszystko skreśliła. Ale jest jedna powieść, którą w pełni akceptuję. Ta o śp. mamie. No cóż, okazuje się, że z wewnętrznym krytykiem miłość zawsze wygra. Może to też jest jakieś wyjście? Pokochać - nie tak i nie tylko siebie - ale bohatera, zapragnąć aby zaistniał. Naprawdę zaistniał w świadomości czytelników? Pozdrawiam, Marta Kinga Grzebuła

    OdpowiedzUsuń
  9. "Bo niepisanie jest bezpieczne. Póki nie ma słów na ekranie, nie boli." - I nie dusi. I nic w środku nie powtarza: Na pewno o czymś zapomniałaś, potem będzie za późno, po co się tak śpieszysz, głupia?! Pomyślisz dłużej, wyjdzie lepiej, teraz zajmij się tym, co nie musi być idealne!
    A potem, jak już się przewalasz w łóżku, gdy krytyk śpi snem sprawiedliwego po odwaleniu dobrej roboty, myślisz: Jak ma być lepiej, skoro nie próbuję, nie ćwiczę, nie uczę się na błędach.
    Odwlekanie to najokrutniejsza z cech charakteru! Myślisz, że jesteś cierpliwy, a tak naprawdę po prostu się boisz...

    Świetny tekst! Pokazał mi nowy, inny aspekt starego problemu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Cieszę się, że się na coś przydałem! ;)

      Usuń